Kultura i rozrywka

Znad Bałtyku w polskie góry: weganie i pies | część II

warzywa

Jak już wiecie kilka dni temu wróciliśmy z urlopu w górach. W pierwszej części pisałam o szlakach i miejscach, które odwiedziliśmy z naszym psem – nie było tego dużo, bo niestety polskie przepisy odnośnie czworonogów mocno ograniczyły nam opcje wyboru. Jeśli chodzi o nasze odżywianie się na wakacjach, to też nie można mówić o różnorodności. Nie chodziliśmy głodni, jednak gdy wracając do Gdańska zajadaliśmy się słodyczami, to cały czas pojawiała się myśl o prostym, sycącym, ciepłym posiłku, a na pierwszy plan wychodziły kotlety z ziemniakami i surówką albo najzwyklejsza pomidorówka.

urlop (320)

Na początku wydawało nam się, że skoro zatrzymaliśmy się w mieszkaniu przyjaciół, a więc mieliśmy normalną kuchnię, to nic nie stało na przeszkodzie, żebyśmy gotowali nasze zwykłe obiady, jednak wychodziliśmy z domu przed południem, wracaliśmy dosyć późno i nie chciało nam się już nic robić – w ciągu całego pobytu wyszły nam może dwie szybkie obiado-kolacje.

Zdarzały się dni, że w porze obiadowej akurat byliśmy gdzieś w mieście – pierwszą taką okazją była wycieczka do Zakopanego, gdzie chcieliśmy zajść również do restauracji. Wyszliśmy z założenia, że przez Krupówki przewija się tylu turystów, że oferta musi być dość różnorodna, żebyśmy znaleźli coś dla siebie. Dobrze, że menu najczęściej można przejrzeć jeszcze przed wejściem, bo pewnie prędzej byśmy zrezygnowali, niż coś zjedli, wchodząc i wychodząc po kolei z każdej restauracji czy karczmy, gdzie podstawę niemal każdego dania stanowi mięso – grillowane, marynowane, pieczone, smażone czy w gulaszu – oczywiście wszystko po zbójnicku! Nie patrzeliśmy na to, czy jest to mała buda, czy większy, choćby nawet nieco droższy lokal (choć o dziwo w nich zwykle brakowało miejsca). Po prostu byliśmy już głodni. Gdy wreszcie gdzieś weszliśmy (nazwy już nie pamiętam) i znaleźliśmy stolik, okazało się, że odpada połowa potraw, które nas interesowały, ale nie mieliśmy już cierpliwości do dalszego krążenia po tych cholernych Krupówkach. Nie było grillowanych warzyw, po zestawie surówek zostały jakieś nieapetyczne resztki, a wszystkie słodkie pierogi zawierały twaróg. Opcja standardowa: frytki na szybkie zabicie głodu, później pierogi z kapustą i grzybami z wyraźnym zaznaczeniem, że chcemy bez okrasy, a do tego pieczone ziemniaki bez masła, które było w zestawie. Nie był to szczyt marzeń, ale już nie wybrzydzaliśmy. Frytki podano dosyć szybko, dzięki czemu przetrwaliśmy długi czas oczekiwania na pierogi – pojawiły się dopiero po 20 minutach, do tego z czym? Z okrasą! Przypomnieliśmy kelnerce, że nie takie było nasze zamówienie – wróciła po chwili niosąc nasze talerze z resztkami boczku na brzegach, a więc znowu ich nie przyjęliśmy, co wiązało się z kolejnymi 10 minutami czekania na pierogi posypane koperkiem, które obejrzeliśmy dokładnie przed zjedzeniem w poszukiwaniu DNA kelnerki albo kucharza – w ciągu pół godziny staliśmy się tymi trudnymi, wymagającymi klientami, którzy tylko stwarzają problemy i namnażają pracę, co mina kelnerki bezbłędnie wyrażała. Po kolejnych 15 minutach pojawiły się nasze ziemniaki, masło na nich już mnie nawet szczególnie nie zdziwiło, a bardziej fakt, że pojawiły się w dwóch porcjach, mimo, że zamawialiśmy jedną. Kelnerka stwierdziła, że jest zamieszanie i trudno, możemy zjeść dwie. Szybko stwierdziliśmy, że starczy nam już dyskusji z góralami tego dnia, więc tylko zapłaciliśmy i wyszliśmy. Obiad zjedzony w takiej atmosferze wystarczająco zniechęcił nas do kolejnych wizyt w lokalach gastronomicznych w tej okolicy, mimo, że w drodze powrotnej jak na złość minęliśmy małą knajpkę oferującą wegetariańskie placki z kaszy gryczanej. Ciężko osądzać wszystkie restauracje po wrażeniach z zaledwie jednej odwiedzonej, może mieliśmy pecha, jednak czas, jaki poświęciliśmy na poszukiwania odpowiedniego dla nas menu oraz późniejszy niesmak po zamieszaniu wokół zwykłych pierogów sprawił, że w następnych dniach nie podjęliśmy kolejnych prób zjedzenia czegoś w mieście. [dop. mój facet: więcej tam, kurwa, nie wrócę!]

Co w końcu jedliśmy? U mnie na śniadanie obowiązkowo owsianka – taki mam już nawyk, że bez niej nie potrafię zacząć dnia. Spacery po górach wiązały się z większymi wydatkami energetycznymi, więc były doskonałym pretekstem, aby codziennie zajadać się ciastkami w trakcie wędrówek. Cały wyjazd przetrwaliśmy głównie na kanapkach – uratowały nas nowe pasty z Lidla, które polubiliśmy jeszcze bardziej i co drugi dzień szliśmy po kolejne zapasy, a mimo to nadal nie zdążyły nam się znudzić.

urlop (23)

Tym, co cieszyło mnie ogromnie podczas całego wyjazdu była dostępność świeżych warzyw i owoców na każdym kroku. W Gdańsku najczęściej jemy to, co znajdziemy w marketach, natomiast na Podhalu w każdym mieście pełno jest straganów i prywatnych osób, które rozkładają się z własnymi zbiorami nawet na chodniku, więc codziennie zajadałam się sezonowymi owocami. Moja radość sięgnęła zenitu, gdy trafiliśmy na jarmark w Nowym Targu – tam było po prostu wszystko, na co tylko mogłabym mieć ochotę, w dodatku w cenach tak niskich, że aż żal mnie ogarnął, bo do naszego powrotu wszystkie owoce i tak by się pewnie zepsuły, a więc robienie wielkich zakupów nie miało sensu.

Jeden dzień spędziliśmy w Krakowie – tam w końcu bez problemu udało nam się zjeść dobry obiad! Z jednej strony ciągnęło nas do sprawdzonych Krowarzyw, z drugiej ja bardzo chciałam spróbować czegoś nowego. Padło na Pod Norenami, gdzie menu było tak obszerne, że nie wiedzieliśmy, na co się zdecydować, a do tego – nie ukrywam – ceny nas nie zachęciły. Po spędzeniu kilku minut nad kartą zdecydowaliśmy, że idziemy gdzie indziej. Trafiliśmy do Chimery z nastawieniem na kolejne frytki i surówkę, a tymczasem bar przerósł nasze oczekiwania – dostaliśmy wegetariańskie gołąbki, nikt nie robił krzywych min na pytania o ich skład, nawet dopytano o szczegóły w kuchni, aby nie wprowadzić nas w błąd. Do tego sałatka z soją i soczewicą i dwa rodzaje surówek – a wszystko za 13zł. Wyszłam zadowolona po porządnym, smacznym posiłku, ale na początku byłam głodna i nie w głowie mi były zdjęcia – poniższe pochodzi z ich strony, przyznaję się bez bicia.

CHIMERA_25022012_02

Nie obyło się też bez wpadek. Ja zaliczyłam trzy.
Pierwszą była kawa. Na co dzień piję jedynie wodę i herbaty, ale tego dnia naszła mnie ogromna ochota na coś mocniejszego. Nie dopytałam wystarczająco dokładnie i zamiast pić kawę z gorzką czekoladą, wypiłam kawę z czekoladą i mlekiem, czemu towarzyszyły lekkie wyrzuty sumienia, bo przecież mogłam doprecyzować i wszystkiego się dowiedzieć.
Drugą i trzecią wpadkę zaliczyłam jednego dnia na Słowacji. Sprzedawca mówił po polsku, więc zapytałam go o lody wodne, które potem kupiłam. Po wyjęciu z opakowania okazało się, że u dołu jest warstwa zwykłych lodów śmietankowych. Znowu moja wina – nie sprawdziłam składu, zasugerowałam się zdjęciem na opakowaniu, na którym nic nie rzuciło mi się w oczy. W kolejnym sklepie znalazłam mleko/napój sojowy w proszku. Wiem, że w Polsce też jest dostępny, ale nie w zwykłych, małych spożywczakach, gdzie nie było nawet zwykłego mleka sojowego w kartonie, to mnie zaintrygowało. Wiem też, że pewnie jest niezdrowy. Jakoś naszła mnie ochota, żeby go spróbować. Nie sprawdziłam składu, bo nawet nie przyszło mi to do głowy – sojowy, to sojowy i koniec. Dopiero w Gdańsku rzuciłam okiem na skład i znalazłam białka mleka. Mimo wszystko opakowanie skończę, bo to mleko jest pyszne – trochę jak śmietanka do kawy w proszku, którą w dzieciństwie wyjadałam dziadkowi ze słoika. A potem będę szukała czegoś równie smacznego w Polsce – już ze sprawdzaniem składu.

DSC_0013
Co tu dużo mówić – z jedzeniem na urlopie nie poszaleliśmy, nie było zbyt wielu rzeczy do próbowania, zaliczyliśmy parę wpadek i póki co Podhale mogę uznać za najtrudniejsze miejsce pod względem kulinarnym, w jakim byłam w Polsce – albo po prostu za mało się do tego przyłożyliśmy, bo nie pojechaliśmy tam jeść, a pochodzić po górach, ale mimo wszystko znalezienie czegoś poza frytkami, sałatką/surówką i pierogami uważam za wyzwanie – niech będzie na kolejny wyjazd!