Kultura i rozrywka

Znad Bałtyku w polskie góry: weganie i pies | część I

wycieczka z psem

Właśnie wróciliśmy z urlopu w górach. Wyjeżdżając martwiliśmy się jedynie o dojazd – Bilbo nie przepada za samochodami, a jeśli zje coś zbyt późno, to obrzygany samochód mamy jak w banku, dlatego długa podróż była naszym największym zmartwieniem. Ogólnie wyjazd był świetny – odpoczęliśmy we trójkę, spędziliśmy miło czas i nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami. Mogę jednak już stwierdzić, że zmartwień i trudności było o wiele więcej, niż przypuszczaliśmy.

 

 

 

 

Zatrzymaliśmy się u przyjaciół w Nowym Targu i stąd planowaliśmy wszystkie wycieczki. Oni z kolei byli u nas i zajęli się naszymi kotami, a króliki podrzuciliśmy pod opiekę mojej mamie. Rano wyjechaliśmy z Gdańska, co dwie godziny robiąc pauzy, w tym jedną na sprzątanie samochodu i po przejechaniu siedmiuset kilometrów dotarliśmy do celu i niemal od razu poszliśmy spać. Mimo dużego dystansu Bilbo zniósł podróż bardzo dzielnie i następnego dnia mogliśmy zaczynać urlop.

Szlaki i wycieczki z psem

Gorce – Turbacz (1300m n.p.m.)
Z Nowego Targu najbliżej było nam w Gorce – dosłownie rzut beretem, a do tego są to jedne z niższych, łagodniejszych gór, więc nadawały się idealnie na pierwszy spacer z psem. Z domu wyszliśmy o 9, dojazd do zielonego szlaku na Turbacz, zaczynającego się na końcu osiedla Oleksówki (dalej, niż pokazuje internetowa mapa turystyczna), zajął nam około 10 minut. Gorczański Park Narodowy jest otwarty dla czworonogów, jednak tylko tych na smyczy, natomiast wybrany przez nas szlak nie należy do PN, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby psiak mógł iść luzem, z czego korzystał również mijający nas chłopak wbiegający na szczyt ze swoim psem (szczęki nam nieco opadły!). Na początku droga była kamienista i martwiłam się o psie łapy, a także o to, że będzie wyglądała tak do samego szczytu, jednak Bilbo znalazł sobie pobocze, którym szedł przez pierwszych 15 minut, do momentu, aż droga stała się gładka, a przy tym również mniej stroma. Nie jest to wymagający, długi szlak, zaledwie 6 km w jedną stronę – wejście i zejście, razem z półgodzinną przerwą na szczycie, zajęło nam jakieś 5 godzin, a to tylko dlatego, że w drodze powrotnej zbierałam jagody rosnące przy szlaku, z czego połowę zjadałam. Obowiązkowo trzeba wziąć wodę dla psa – oprócz strumienia na samym dole po drodze nie ma żadnych innych źródeł wody. Bilbo poradził sobie z naszą wędrówką bez problemu, całą drogę szedł radośnie i nie kładł się w krzakach, jak to ma w zwyczaju, gdy tylko się zmęczy, więc szlak mogę polecić nawet dla mniejszych psiaków – oczywiście pod warunkiem, że lubią długie spacery.

Niestety psia kondycja nie była tak dobra, jak sądziłam i następnego dnia chyba nadal czuł nasz spacer, więc wzięliśmy go ze sobą tylko na krótkiego, śniadaniowego grilla nad Dunajcem. Mimo wszystko nie chcieliśmy tracić dnia i po południu zdecydowaliśmy się na ekspresową wycieczkę na Kasprowy (gdzie nie wolno zabierać psa, ale o tym na koniec) – wjazd kolejką, szybkie piwo na szczycie, kilka zdjęć, a potem niemal zbiegaliśmy na dół, żeby Bilbos nie był za długo sam, ale też żeby się trochę poruszać, zamiast wozić tyłki w te i we wte.

Tatry – Dolina Chochołowska (1148m n.p.m.)
Kiedy jeszcze przed wyjazdem szukałam miejsc, w które można iść z psem, jednym z najczęstszych wyników wyszukiwania była Dolina Chochołowska. Większość turystów koniecznie chce jechać w Tatry, a dolina ta jest jedynym miejscem, gdzie pies na smyczy jest akceptowany, jednak tylko do schroniska, dalej szlaki są zamknięte dla czworonogów. Przeczytałam kilka opinii, że było fajnie, że trasa jest łatwa, a do tego można nacieszyć oczy pięknymi widokami. O ile sama dolina rzeczywiście ma swój urok (choć szczęka mi nie opadła), to trasa była raczej nieprzyjemna. Krótka i prosta, to fakt, od parkingu do doliny i z powrotem jest około 13 km, jednak połowa szlaku to rozgrzany asfalt, druga połowa nieco lepsza – droga szutrowa, cienia bardzo mało, ludzi tak dużo, że czasem ciężko było ich wyprzedzić, do tego jedni patrzyli na nas krzywo, inni cmokali i zaczepiali Bilba, mimo moich wyraźnych słów do psa ‚idziesz ze mną’, czy ‚nie wolno’, gdy jednak kusiło go, by podejść, a ludzie oczywiście nie odpuszczali. Przy okazji tej wycieczki Bilbo pierwszy raz zobaczył konie – z początku był zainteresowany, jednak gdy były już bliżej wpadł w panikę, więc przy kolejnych takich mijankach za każdym razem kucałam i pozwalałam mu się przytulić i schować za mnie – tak, wiem, ogromnie to niewychowawcze, ale poskutkowało i potem z ciekawością wyglądał ponad moim ramieniem, co to za cudaczne, tupoczące wielkie stwory. Jedynym plusem, który mogę wyróżnić, jest biegnący wzdłuż całej trasy potok, w którym pies może się ochłodzić i napić (chociaż oczywiście butelkę z wodą dla psa i tak warto mieć). W dolinie rozsiedliśmy się wygodnie z widokiem na góry i wypasane owce, Bilbo biegał wokół nas bez smyczy i nieco się ożywił, ale wydaje mi się, że dla niego ta wycieczka nie była szczególnie udana. Dla nas obojga okazała się bardziej stresująca, niż to warte – maluch cały czas słuchał moich komend, idąc tuż przy nodze, a ja bez przerwy musiałam go pilnować – z jednej strony od zapalonych cmokaczy, z drugiej od rozbieganych dzieci, mam z wózkami czy ludzi z kijkami trekkingowymi. W taki sposób mogę chodzić w mieście, od spaceru na łonie natury oczekuję trochę więcej.

Kolejny dzień znowu był dniem odpoczynku, tym razem dla całej trójki – nam również nogi dawały się już we znaki i rano ciężko było zwlec się z łóżka. Z rana skoczyliśmy na jarmark w Nowym Targu, a przez resztę dnia kolejne fale ulewy zniechęcały nas do wyjścia z domu, więc dopiero wieczorem poszliśmy na spacer na pobliską łąkę i do lasu wzdłuż Dunajca.

Małe Pieniny – Rezerwat przyrody Biała Woda
Nasi przyjaciele polecili nam zielony szlak prowadzący od Jaworek przez wąwóz Homole w Małych Pieninach, gdzie można wejść z psem na smyczy, uprzedzając jednak, że może tam być dużo ludzi. Zniechęcona wrażeniami po Dolinie Chochołowskiej przyjrzałam się mapie i zauważyłam nieco oddalony, żółty szlak w rezerwacie Biała Woda i tam też się skierowaliśmy. W Jaworkach trafiliśmy na ulicę Biała Woda i jechaliśmy nią tak daleko, jak to było możliwe – tuż przy zakazie jazdy był parking, na którym zostawiliśmy samochód. Szlak zaczyna się krótkim odcinkiem asfaltowym, dalej przechodzi w drogę szutrową. Bilbo szedł na smyczy nie ze względu na ryzyko mandatu, a przez rowery mijające nas co jakiś czas – wolno biegający pies stanowiłby zagrożenie dla rowerzystów i oczywiście dla samego siebie. Ten dzień zgodnie z planem miał być luźniejszy, również z powodu dokuczliwego upału, dlatego idąc cały czas wzdłuż potoku szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy rozłożyć się z kocem – miejsc takich było dość dużo, jednak wszędzie byli ludzie z podobnym planem na dzień, a my chcieliśmy być sami w miejscu, gdzie pies nie będzie powodem krzywych min i nie będziemy musieli go szczególnie pilnować. Przed jednym z mostków zobaczyliśmy pole, więc zamiast przechodzić na drugą stronę, poszliśmy dalej wzdłuż strumienia, aż doszliśmy do małej łączki, na której drzewa osłaniały nas od szlaku. Tam spędziliśmy kilka godzin, Bilbo swobodnie wchodził do strumienia żeby napić się lub ochłodzić i to był chyba najmilszy dzień z całej naszej górskiej wyprawy, kiedy udało nam się całkowicie odprężyć i zrelaksować. Ponadto było to również najbardziej urokliwe miejsce, jakie w ciągu tych kilku dni zobaczyliśmy. Niskie, ale bardzo strome, spiczaste góry wyrastające tuż przy drodze, strumień co jakiś czas przecinający szlak i mały, lodowaty wodospad to coś, o czym ciężko będzie zapomnieć i z pewnością jeszcze tam wrócimy.

Słowacja
Tego samego dnia, wracając z rezerwatu, zjechaliśmy do Sromowców Niżnych, gdzie znajduje się most dla pieszych na drugą stronę Dunajca, który jest naturalną granicą Polski i Słowacji. Kilka minut piechotą, po słowackiej stronie, znajduje się Czerwony Klasztor, do którego z psem nie mogliśmy wejść, ale co zobaczyliśmy, to nasze. Zaliczyliśmy też słowacki sklep i uciekaliśmy czym prędzej na polską stronę, bo wypad na Słowację z psem był nieplanowany – nie mieliśmy paszportu dla Bilbosa, co mogło się skończyć różnie w przypadku kontroli. O ile mandat byśmy jakoś przeżyli, o tyle kłopoty z ewentualną kwarantanną i obserwacją psa, czego nie można wykluczyć, wprawiały mnie w lekką panikę.

Zakaz wprowadzania psów do Parków Narodowych
Wiem, że po tym, co napisałam, część z Was zapewne posypałaby na mnie gromy. A to dlatego, że jestem nieodpowiedzialna, a tu że psa spuszczam ze smyczy, ze szlaków zbaczam i bez paszportu jeżdżę. Pewnie jeszcze mam negatywny wpływ na to, jak psiarze są postrzegani przez innych ludzi! Tylko wiecie… mnie ogarnia gorzki śmiech. Fakt faktem – paszport dla Bilba wyrobię w ciągu najbliższych dni – jest on na całe życie, a ja nie będę się więcej martwiła o brakujące dokumenty. Jednak zakaz spuszczania psa ze smyczy, czy w ogóle wstępu do niektórych miejsc sprawia, że załamuję ręce. Nie będę się rozpisywać o koniach wchodzących na Morskie Oko, które robią tam, gdzie stoją, czy o nieodpowiedzialnych właścicielach psów, którzy ciągną swoje yorki w miejsca, gdzie maluchy się męczą – te tematy zostały już przegadane na wielu forach. Jednak takich śmiesznych zakazów mamy na pęczki – przynajmniej po polskiej stronie, bo słowackie góry dla czworonogów stoją otworem. Śmieszy mnie to tym bardziej, że swój tyłek wsadziłam w kolejkę linową na Kasprowy Wierch, gdzie ludzi było jak mrówek, a po drodze z każdej strony mogłam podziwiać piękne widoki ozdobione (jakże naturalnymi) wyciągami narciarskimi. Jeśli tak bardzo nie chcemy ingerencji w naturę, tak się troszczymy o dzikie zwierzęta, to pierwszym krokiem powinno być zaoranie wszelkich zbędnych obiektów, pozostawiając jedynie małe schroniska, w których wytrwali piechurzy mogą zatrzymać się na noc. To, czy wezmę ze sobą psa, nad którym panuję, naprawdę niewiele zmieni. I tu pojawia się ważna kwestia – znam mojego psa, panuję nad nim i wiem, czego mogę się po nim spodziewać. Z drugiej strony – jeśli jakieś miejsca się dla niego nie nadają, to nie ciągnę go tam na siłę. Wszystko jest kwestią zdrowego rozsądku, który większość osób posiada – pozostałym osobom zakazy lub ich brak nie robią żadnej różnicy, co widzę dość często choćby spacerując z psem i obserwując podejście ludzi do własnych psów. Czyli znowu wraca problem edukacji, który w naszym kraju przykrywany jest tysiącem zakazów i nakazów. Jednym ze śmieszniejszych niuansów jest fakt, że przez Pieniński Park Narodowy biegnie asfaltowa droga o średnim natężeniu ruchu, a zakaz wejścia z psem nadal obowiązuje.

Z tego i wielu innych powodów nie mam wyrzutów sumienia, gdy chowamy się w miejsca, w których nikomu nie szkodzimy, a jednocześnie nikt nie przeszkadza nam – jest to czas dla nas i naszego psa, kiedy możemy odpocząć, ciesząc się pięknem natury. A gdy skończymy, to zbieramy wszystkie śmieci, jeśli trzeba, zapinamy psa na smycz i wypoczęci wracamy na szlak pełen zakazów, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów na miejscu zbrodni – może poza zapachem, z pewnością bardzo zakłócającym spokój całej fauny, który w niedługim czasie zmiesza się z zapachami dziesiątek czy setek ludzi przechodzących w ciągu dnia szlak oddalony o kilka metrów.

A bardziej ‚wegański wpis’, czyli część druga o moich wrażeniach odnośnie odżywiania na naszej górskiej wycieczce, zamieszczę na blogu w najbliższych dniach, jak również podlinkuję poniżej:

CZĘŚĆ II

Follow