Pielęgnacja

Włosy a weganizm – obalmy ten mit!

falowane włosy

Jestem weganką. Według prognoz znajomych i rodziny obecnie powinnam być już łysa, mieć połamane paznokcie, setki pryszczy i matową, ziemistą skórę. Może jeszcze wszystko przede mną, ale cóż… na razie się nie zapowiada. Dziś wpis o włosach, bo nie tylko nie wypadły, ale zmieniły się na tyle, że w końcu jestem z nich zadowolona.

Moje włosy stwarzają mi problemy od kiedy tylko pamiętam – ciągle napuszone i suche, ani to fale, ani loki, powywijane, sianowate kosmyki, z którymi trudno cokolwiek zrobić. Próbowałam niemal wszystkiego, a gdy tylko wchodził na rynek jakiś nowy super produkt, zaraz leciałam do sklepu z nadzieją, że wreszcie będzie to coś dla mnie. Oczywiście nigdy nic nie podziałało na tyle, żeby moje włosy wyglądały na choć trochę zdrowsze, aż wreszcie pogodziłam się z tym, że są po prostu brzydkie, że taką mają strukturę, trudno. Na domiar złego, gdy zaczęłam używać wegańskich, nietestowanych kosmetyków, to wybór wydał mi się tak okrojony, że chyba łatwiej byłoby je ściąć. Na łyso. Bez szczególnej nadziei szukałam czegokolwiek, co utrzyma moje włosy w jako-takiej kondycji (żeby przynajmniej nie wypadły przez ten nawiedzony weganizm). Koleżanka od miesięcy zachwalała naturalne oleje, więc postanowiłam spróbować – co do nich miałam chociaż pewność, że są wegańskie, więc ominęły mnie bóle głowy od czytania wszystkich paskudnych nazw na etykietach. Resztę kosmetyków kupiłam raczej z przypadku, kierując się tym, czy są wegańskie – z części jestem zadowolona, dla innych znajdę zamienniki, ale mimo wszystko:

Efekty! Co najmniej zadowalające! Co ja mówię, cieszę się jak dzieciak, pierwszy raz w życiu moje włosy są ładne bez wizyty u fryzjera i tony dziwnych specyfików zapieczonych suszarką. Nie jest to jeszcze ideał, końcówki wymagają nieco więcej pielęgnacji, ale po tylu latach niechęci do własnych włosów nareszcie patrzę na nie z satysfakcją, nie wspominając nawet o tym, jak przyjemnie się ich dotyka. A minęły dopiero dwa miesiące! (teraz już trzy – wpis czekał miesiąc, aż go dokończę. 🙂 )

włosyBył wstęp, więc teraz do rzeczy!
Jak się to wszystko stało? Samo się nie stało, już wszystko opisuję, tylko najpierw muszę się przyznać: nie jestem kosmetyczną maniaczką. Nie zamawiam kosmetyków przez internet, najczęściej kupuję to, co tańsze w pobliskim Rossmannie czy Ziai. Z jednej strony kosmetyki z najwyższej półki są poza moim zasięgiem, a z drugiej strony, tak serio, nie przywiązuję do tego aż takiej uwagi – wypróbowałam mnóstwo kosmetyków i nie zauważam między nimi spektakularnej różnicy. Różnice są drobne, co biorę pod uwagę, ale nie na tyle, żeby szukać jednego idealnego produktu za setki złotych.

Od podstaw: szampon
Zwykle wrzucam do koszyka szampon, który akurat jest w promocji i nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu, jednak ten jeden raz bardzo się zawiodłam. Kupiłam pokrzywę zwyczajną z Green Pharmacy, która jest po prostu pomyłką – w składzie ma wszystko, czego włosy ponoć nie lubią, jednak dla mnie najważniejsze jest jedno: już przy spłukiwaniu czułam, że włosy się plączą, są sztywne i nieprzyjemne w dotyku.

wegański szampon

Bez odżywki kompletna klapa, dlatego szybko wróciłam do prostych, sprawdzonych ulubieńców: szampony z Ziai i Alterry. Alterrę chwali wiele osób, w tym ja, włosy są czyste i miękkie, jednak 10 zł za taką pojemność to trochę za dużo w zestawieniu z tańszą, a dwa razy większą Ziają, przy nieodczuwalnej różnicy – przynajmniej dla mnie. Dlatego po Alterrę sięgam rzadko, jeśli do Ziai mi nie po drodze. Ale szampon zawsze był dla mnie sprawą drugorzędną, więc dalej:

Trochę ważniejsza sprawa: odżywka
Ponownie zachwalana Alterra. Na początku podchodziłam do niej z dystansem, wrzucałam ją do kategorii no-name, ale włosy po niej są tak miękkie, że już nie szukam innej odżywki. Do tego się nie plączą i nie są obciążone – szczerze, niczego więcej nie oczekuję. Moja ulubiona Ziaja niestety się nie umywa, przynajmniej te odżywki, które do tej pory wypróbowałam, a wiele z nich jest bez spłukiwania, co dla mnie jest minusem.

I teraz najważniejsze: oleje i olejki – tu się chwilę rozpiszę.
Próbowałam oleju kokosowego, który ponoć jest najlepszy i uniwersalny, jednak jego nakładanie było czasochłonne, a nie przynosiło najmniejszych zmian przez kilka tygodni. Szukając informacji trafiłam na bloga Blondeme. Dzięki temu wpisowi dobrałam odpowiedni olej do mojego rodzaju włosów – dość intuicyjnie, ale na szczęście już przy pierwszym wyborze udało mi się trafić – nierafinowany, tłoczony na zimno olej lniany, który kupuję w aptece za około 20 zł. (Na marginesie – to dowodzi tylko tego, że nie ma idealnego oleju dla każdego rodzaju włosów, po prostu trzeba wytrwale szukać.) Nie trzymam się żadnych wytycznych, jeśli chodzi o nakładanie go na włosy. Na początku nakładałam go na mokro, bo podobno tak jest łatwiej: 1 łyżka oleju na 1l ciepłej wody i maczałam włosy w tej zupie. Zużyłam pół butelki w miesiąc. W kolejnym miesiącu zaczęłam nakładać go na sucho i pół butelki starczyło na dwa miesiące, a różnicy w działaniu nie zauważyłam. Kolejne blogowe wytyczne – trzymać na włosach pół godziny w cieple (włosy zawinięte w ręcznik) i pół godziny zwinięte w jakiegoś koczka, żeby nie obciążać włosów ręcznikiem. To również olałam – nakładam olej około godziny 19 i trzymam w koku, póki nie pójdę spać – czasem jest to 21:30, a czasem 1:00 w nocy. Włosy żyją! I z całą pewnością mają się dobrze! Wszystkie pozytywne zmiany mogę przypisać temu olejowi, to on zdziałał cuda.DSC_0063
Skóra głowy: podczas olejowania na długości dodatkowo używam też olejku łopianowego z Green Pharmacy, wcierając go w skórę głowy. Po pierwszym użyciu przez cały dzień nie zauważyłam ani jednego włosa, który wypadł – nawet przy czesaniu. W kolejnych dniach codziennego nakładania zaczęłam zauważać wypadające włosy, więc przestałam się aż tak przejmować tym olejkiem i teraz używam go raz w tygodniu. Wiosenne wypadanie włosów mnie ominęło, ale nie mam pewności, czy to efekt olejku, czy jakichś innych czynników. Mimo wszystko uważam, że jest dobry. Na pewno wypróbuję też olejek z papryką, również z Green Pharmacy, który ma przyspieszyć porost włosów.
Końcówki: po umyciu włosów zabezpieczam końcówki. Słyszałam pozytywne opinie o olejkach Alterry, więc przy okazji promocji do mojego koszyka od razu trafił olejek z pestek moreli, a teraz się z nim męczę. Nie to, żeby nie działał – działa rewelacyjnie, końcówki są mniej napuszone, niż to widać na pierwszym zdjęciu, jednak zapach jest po prostu okropny. Przy nakładaniu kojarzy mi się z żelkami-miśkami z czasów dzieciństwa, tymi w mącznej powłoczce, w fioletowej paczce w paski. Pyszne skojarzenie. Jednak mija kilkanaście minut, a zapach robi się co najmniej dziwny. Czuć nutę świeżego ogórka, a jednak całość zwyczajnie śmierdzi. Nie pozostaje mi nic innego, jak związać włosy, żeby zapach nie roztaczał się wszędzie wokół. Próbowałam używać mniejszej ilości, nakładać naprawdę na same końcówki, a efekt zawsze jest ten sam – przychodzę na uczelnię i muszę związać włosy. Z tego powodu nie używam go za często i szukam zamiennika o podobnym działaniu, ale ładniejszym zapachu. Mimo wszystko olejek na końcówki uważam za konieczność. Może macie coś dobrego? – koniecznie dajcie znać. : )

Wydawało mi się to mało istotne, bo nigdy nie przywiązywałam wielkiej uwagi do działania herbat, ale codziennie piję też duży kubek pokrzywy. Na razie zwykłe saszetki, jednak zbieram się powoli, żeby nazrywać świeżej. Pokrzywa dobrze wpływa na włosy, paznokcie i skórę, pozwala pozbyć się nadmiaru wody z organizmu i usprawnia pracę przewodu pokarmowego – to z tych ważniejszych dla mnie aspektów. Nie wierzę w to, że picie takiego naparu da powalające efekty, jednak zawsze trochę pomoże, a ja dla spokoju sumienia wykorzystuję wszystkie łatwo dostępne opcje, aby poprawić wygląd włosów.

Szkoda życia na mity.
Zmiana diety często jest szokiem dla organizmu i może on różnie zareagować. Ja zmian nie zauważyłam. Jednocześnie w tym miejscu obalam mit, którego, przyznam szczerze, sama się bałam, zwłaszcza na początku. Włosy były tak samo brzydkie, kiedy jadłam produkty odzwierzęce, jak wówczas, gdy z nich zrezygnowałam. Zmiana podstawowych kosmetyków na wegańskie również nie była dla moich włosów żadnym przełomem. Po prostu zaczęłam się nimi interesować i dbać o nie. Na zdjęciach widzicie zmianę, jaka zaszła w ciągu dwóch miesięcy. Trzeciego miesiąca zaczęłam używać tego wysuszającego szamponu z pokrzywy i zmiany stanęły w miejscu. Wtedy wróciłam do wejściowych, najtańszych metod i bez kombinowania dalej dbam o włosy.  Jedyny niepodważalny fakt: o włosy trzeba dbać bez względu na dietę. A nawet lepiej – na diecie wegańskiej jeszcze łatwiej o witaminy. Włosy odżywione od wewnątrz wymagają tylko jednego – poświęcenia im pięciu minut dziennie (serio, tyle mi to zajmuje), żeby odżywić je od zewnątrz, a następnie umyć. To żaden wysiłek w zamian za takie rezultaty.

  • Mam bardzo podobne włosy do Twoich. Nawet zaryzykuje stwierdzenie, że prawie identyczne tylko w wersji blond. Dlatego wiem doskonale o czym piszesz. Też nigdy nie umiałam sobie z nimi poradzić. Wiecznie spuszone, nieogarnięte i suche. Setki kosmetyków, jeszcze więcej pieniędzy i dopiero solidna maska i systematyczne olejowanie przynoszą jakieś rezultaty. Przejście na weganizm u mnie na pewno miało pozytywny wpływ na włosy ale za pewne był to efekt wyjścia z koszmarnej diety.
    Jeśli chodzi o pokrzywę to radziłabym z nią uważać. Piłam ją przez kilka miesięcy. Oczywiście z przerwami, około tygodnia, dwóch. Niestety chyba przeholowałam, bo dostałam jakiegoś uczulenia na twarzy. Długo szukałam przyczyny i wiem, że na 100% była to wina właśnie tego zdrowego naparu.
    Bardzo Ci gratuluję, że odkryłaś pielęgnacje, która odpowiada Twoim włosom. Zmiana rzeczywiście jest ogromna w ich kondycji i wyglądzie. Oby tak dalej. Pozdrawiam i zostanę z Tobą na dłużej, bo piszesz bardzo ciekawie. 🙂

    • niepoprawna weganka

      Jestem blondynką, tylko na zdjęciach jakoś tak rudo wychodzę. 😉
      Z pokrzywy już rezygnowałam. Nie widziałam co prawda żadnych negatywnych skutków, ale po prostu jest lato i piję dużo mniej herbat, zdarza się może raz na kilka dni. Jeśli wrócę do tego jesienią, to na pewno zwrócę uwagę na skórę – moja lubi mi płatać figle, tak więc dziękuję za radę, będę wiedziała, gdzie szukać.
      Pielęgnację niby odkryłam, ale z tym olejkiem na końcówki nadal błądzę. Chyba jednak wydam trochę więcej i zainwestuję w jakieś organiczne bio cuda, bo nic mi nie odpowiada z tych łatwo dostępnych kosmetyków. Może Ty masz coś wartego polecenia? 🙂
      I oczywiście dziękuję za odwiedziny, zapraszam częściej. 🙂