Na temat

Weganizm moim okiem

weganizm a palenie

Uważam się za wegankę, choć nawet nie przepadam za tym określeniem – za bardzo kojarzy mi się z agresywnymi fanatykami i pretensjonalnym manifestowaniem jedynego słusznego stylu życia. Wystarczy zbliżyć się choć odrobinę do tego środowiska, by zostać zaszufladkowanym, a to oznacza pojawienie się kolejnych podziałów – lepsza, gorsza, przeciętna, byle jaka, a nawet ‘nieweganka’. Jednak jeśli już miałabym się jakoś określić, to bez sprzeciwu i ze zdrową szczerością wrzuciłabym siebie do wora tych gorszych.

Od jakiegoś czasu bywam na blogach o tematyce wegańskiej, regularnie odwiedzam kilka z nich w poszukiwaniu przepisów, inspiracji lub motywacji – kolejnych bodźców do starania się i próbowania nowego. To wszystko jest naprawdę świetną sprawą i bardzo odpowiada mi taki styl życia. Jednak ten prezentowany na blogach jest taki… bardzo nie mój. Mój weganizm jest niepoprawny.

Wszędzie, gdzie wchodzę, widzę piękne zdjęcia i opisy idealnego życia, wysportowane kobiety tryskające energią, jedzenie prezentowane w taki sposób, że od samego patrzenia cieknie ślinka, a przy tym wszystko 100% cruelty-free. I choć całość mi się podoba, choć podziwiam te osoby, to nie za ich tryb życia, nie za to, że uporządkowały pewne płaszczyzny weganizmu, z którymi ja nadal mam problemy, ale za to, że po prostu odnalazły swój sposób na życie i czerpią z niego szczęście. Może kiedyś też dołączę do tego zaszczytnego grona, jednak na chwilę obecną zwyczajnie tego nie czuję.

Spotykam się więc z opiniami, że mój weganizm jest nieprawdziwy i jak ja w ogóle mogę używać w stosunku do siebie takiego określenia? Wtedy zawsze odpowiadam, że nie muszę, bo to tylko kolejna przypięta metka. Nie muszę, ale mogę, bo przyzwyczaiłam się do tego słowa. Nie jestem idealna i póki co w ogóle do tego nie aspiruję. Powody? Cała masa. Zacznijmy od tych luźniejszych, które i tak wykluczają mnie z wegańskiego teamu najlepszych.

  • Nie jestem super-fit

Niemal każdy wegański blog promuje aktywność fizyczną. Ja miewam jedynie epizody. Przez rok biegałam po 10 km, trenowałam pole dance, pływałam i nie pamiętam co jeszcze, dużo tego było. Dawało mi to satysfakcję, miałam lepsze samopoczucie, ale to się skończyło i w tej chwili zwyczajnie nie mam już ochoty. Ewentualnie joga – pozwala się zatrzymać, wyciszyć i pomyśleć. To ogromna korzyść dla ducha. Dlatego myślę, że niedługo tego spróbuję, może jutro, a może… nigdy? Jedyne, do czego zmuszam się każdego dnia (z wyjątkami, gdy nie chce mi się od średnio do mocno), to 15 minut różnych ćwiczeń na brzuch i nogi, bo dzięki diecie całkiem fajnie chudnę i nie chcę mieć obwisłej skóry, ale o tym kiedy indziej.

  • Nie jestem eko

To, że przeszłam na weganizm, nie oznacza, że nagle muszę zacząć dbać o cały wszechświat i kupować tylko super-ekstra-bio-naturalne produkty. Owszem, unikam reklamówek i foliowych worków, ale jednocześnie nie chodzę ubrana jedynie w parcianą torbę, żeby tylko nie kupić ekoskóry szkodliwej dla środowiska. I zdecydowanie nie stać mnie na kaszę za 10 zł, gdy ta bez napisu ‚bio’ kosztuje zaledwie 3 zł. W gruncie rzeczy nawet nie obchodzi mnie ten niezwykle korzystny wpływ na zdrowie, który wydłuży moje życie o kolejne sekundy. Ignorantka ze mnie.

  • Piję i palę

„Śmiesz się nazywać weganką tak rujnując swoje zdrowie?! Tu nie chodzi tylko o niejedzenie pewnych produktów, to musi być cały styl życia, musisz też dbać o siebie!” – Cóż mogę na to odpowiedzieć? Przytaknę jedynie i odpalę następnego papierosa, a wieczorem wypiję swoje rozluźniające piwo albo dwa albo sześć, jak mi mocniej w głowie zaszumi. Już dawno się określiłam – nie chcę krzywdzić zwierząt. To jedyne, co mną kieruje. Piję wegańskie piwa. Palę, bo lubię. Bardzo lubię. Bo tak.

  • Odżywiam się całkiem zdrowo

Ale to za mało. Jem warzywa, owoce, strączki i inne pierdoły, również niektóre „superfoodsy”, bo się naczytałam mądrzejszych od siebie i próbuję unikać ewentualnych niedoborów. Ale i tak nie jestem super weganką – czasem cały dzień zasuwam na porannej owsiance i kilku bananach w ciągu dnia, aby następnego dnia pusty brzuch zapełnić słodyczami, chipsami i (o nie!) obrzydliwym sokiem w postaci Kubusia albo tego bezwartościowego, dosładzanego szitu z Biedry. I na domiar złego to wszystko jest pyszne!

Teraz te cięższe, bardziej kontrowersyjne tematy. Głównymi są dwa:

  • Mam mięsożerców w domu

I to z własnego wyboru. Pod naszym dachem żyją dwa króliki, siłą rzeczy weganie, ale też dwa koty i pies. I tak, potwierdzam, one jedzą mięso. Weganizm jest moją decyzją, świadomym wyborem. Zwierzęta tego wyboru samodzielnie dokonać nie mogą. Mają instynkt, przez który jedzą mięso – do tego służą kły i pazury. Nie chcę narzucać im nienaturalnej dla ich gatunku diety, a w międzyczasie walczyć o wolność i  życie w zgodzie z naturą wszystkich pozostałych zwierząt. W niektórych wywołuje to oburzenie, jednak tak postanowiłam. Postanowiłam zapewnić najlepsze warunki tym konkretnym stworzeniom, które kocham, a dopiero na drugim miejscu stawiam wszystkie pozostałe, które również nie są mi obojętne, tylko dużo dalsze.

  • Olewam niektóre składniki produktów

I tu się podnosi wrzawa. Co ja mówię – krzyki i wrzaski. Tak nie wolno! Czytając skład produktu automatycznie odkładam na bok te, które mają w składzie jaja, mleko, miód, lanolinę, szelak itd. I wszystko ładnie. A co z gliceryną? A co z mono- i diglicerydami kwasów tłuszczowych? To nic, że w większości produkowane są syntetycznie lub z tłuszczów roślinnych. Przecież istnieje pewne, choćby i najmniejsze ryzyko, że jednak zwierzęta mogły mieć w tym swój nieszczęsny udział. W związku z tym wszystkie te produkty powinnam omijać szerokim łukiem, ale jednak trafiają do mojego koszyka. Nie będę pisała do producentów całej sklepowej żywności, aby się dowiedzieć, czy są wśród tego odsetka wykorzystującego zwierzęta. Na tym etapie łatwiej przyjąć mi ogólnik – większość jest syntetyczna/roślinna. Tematu oleju palmowego nawet nie chcę zaczynać.

I po tym wszystkim dochodzę do wniosku, że to jakaś paranoja. Z jednej strony – tego nie kupuj, tamtego też nie, najlepiej i z marchewek zrezygnować, bo przecież podczas ich zbierania mogły ucierpieć jakieś robaczki w glebie. Z drugiej strony – jedz eko warzywka (a czym są nawożone?) i dużo biegaj depcząc przy tym niewinne mrówki.

Oczywiście teraz generalizuję. Przede wszystkim obserwuję blogi autorów, którzy potrafią zachować zdrowe podejście. I to właśnie takie osoby zachęciły mnie do przejścia na weganizm. Jednocześnie jest cała masa krzykaczy, dzięki którym doszłam do wniosku, że najłatwiej to wszystko… olać. Koniec końców przeszłam na weganizm, bez wpisywania się w żadne ‚to muszę, tego mi nie wolno’. I właśnie to daje fajną satysfakcję i spokojny sen. Jestem poprawna dla samej siebie. Cały czas douczam się i rozwijam, a chyba o to w tym wszystkim chodzi. O świadome podejmowanie decyzji według własnego sumienia i szczerze – o to, by mieć w dupie zasady wymyślane przez wegańskie stowarzyszenia guru, bo to częściej zniechęca, niż czegoś uczy. Tak więc: go vegan! Ale po swojemu.