Tak myślę

Trud istnienia

trud istnienia

W tym roku jesień przyszła wyjątkowo szybko, na Instagramie pojawiają się już zdjęcia ładnych ludzi w grubych swetrach, kubki herbaty otulone rozgrzewającymi się dłońmi z idealnym manicurem, aura ciepłego, przytulnego domu kontrastującego z życiem po drugiej stronie okna. Piękny czas zagrzebywania się w kocach i czytania książek. A ja czuję odrętwienie, gdy pod ten gruby, instagramowy sweter wiatr przeciska dojmujące zimno, które powoli dotyka już kości.

Czuję zimno. To właśnie moja jesień. Czas niepowodzeń, złych wiadomości i tak zwanego spadku nastroju. Czuję brak motywacji, niechęć do świata, bezsens wszelkich działań, nawet z ludźmi układa mi się jakoś gorzej. Po wielu relacjach pozostają już tylko niedopowiedzenia, bo nie mam siły nic więcej mówić. Nie mam siły tłumaczyć, przepraszać za brak entuzjazmu. Dystansuję się od tego, bo w ten sposób mogę utrzymać zdrowie psychiczne w ryzach. Odpycham ludzi, bo wszelkie rozmowy wymagają zbyt wiele wysiłku, na który teraz mnie nie stać. Chwilowy uśmiech, założony adekwatnie do okoliczności, jest tak sztuczny, że aż uwiera i zniekształca mi twarz. Nie jestem sobą, a jednak – to wciąż ja. Zależna od pogody, od nadmiaru zobowiązań, z którymi nie daję sobie rady i czuję, ze zawodzę. Zależna od ludzi, przed którymi jesienią potrafię tylko uciekać. Dużo się dzieje, całe moje dotychczasowe życie robi obrót o 180 stopni, a ja zamieram. Wydaje mi się, że trwa to zaledwie chwilę, a nim się obejrzę, mija kolejny dzień, tydzień, miesiąc. Próbuję przetrwać, z dnia na dzień, a wszystko umyka w ciągłej gonitwie myśli, uczuć i emocji. I kwestionuję, neguję i zaprzeczam wszystkiemu, nawet temu, w co wierzę, bo jakoś przestaje mi zależeć. Nie chcę niczego, oprócz spokoju.

W myśl aktualnego trendu na wieczny optymizm tak bardzo staram się cieszyć pięknem jesiennego liścia, psami taplającymi się w błocie w całkowitej ekstazie i… i nagle brakuje przykładów. Bo nie widzę tego piękna. Nie czuję radości. Chwilowe szczęście, wymuszone i tym samym sztuczne, umyka momentalnie. Trwające przez kilka dni ulewy to stagnacja, cisza i moment wytchnienia, gdy czuję usprawiedliwienie dla swojej bezczynności i milczenia, zaszycia się w domu i nie odbierania telefonu. Potem wracam na szarą ziemię, w telefonie beznamiętnie przewijam zdjęcia znajomych zgłoszone do konkursu na najlepsze życie, największe sukcesy i liczbę lajków i choć podświadomość szepcze, że przegrywam, zaczynam obojętnieć na wszelkie bodźce – to tylko internet, nieprzerwana manifestacja „życia”.

Chodzi już tylko o to, żeby rano wstać z łóżka. Iść do pracy, na chwilę się obudzić, gdy obowiązki wtłoczą mnie w rytm dnia, a potem wsiąść w tramwaj powrotny i beznamiętnie patrzeć w okno. W ostatecznym akcie desperacji chwycić za ołówek i bazgrać po kartce, czego efekt przyniesie jednodniową satysfakcję. Satysfakcja mija, zostaje koc i leżenie i patrzenie w sufit, kiedy sen nie chce przyjść, w akompaniamencie najgorszych rozważań: celu wszelkich moich działań.

Prawda jest gorsza – depresyjny nastrój łapie mnie kilka razy do roku, poza kartkami kalendarza. W tym roku dopadł mnie już w sierpniu. Próbuję po prostu żyć dalej, robić swoje, a potem zmusić się do kolejnego kroku i zrobić choć odrobinę więcej. Mieć cel, dążyć do czegoś, nawet najmniejszej pierdoły, bo wiem, że gdy wszystko minie, zacznę cieszyć się efektami. Przetrwać ten okres i mieć poczucie, że nie był aż tak bezproduktywny, ale jednocześnie pozwolić sobie czuć to wszystko, choć tego nie ma w scenariuszu. Codzienność nie zostawia miejsca na wrażliwość i słabości. Nie ma czasu na to, by się załamać, by powstać, by przeboleć rozczarowanie i wyciągnąć z tego lekcję. Powinnam działać, odnosić sukcesy, być efektywna i radosna. Na blogu tworzyć gładkie teksty opatrzone ładnymi zdjęciami. Przecież ludzie szukają optymizmu, motywacji i inspiracji.

W tym wszystkim najbardziej brakuje mi miejsca na zwykłego człowieka, na jego codzienne smutki, rozterki i problemy. Brakuje przestrzeni na jednostkę i jej emocje, na przygnębienie, na ospałość i prawdziwą, ludzką niemoc. Nawet gdy trafiam na tekst o jesiennej depresji, to tylko w kontekście walki z nią, z suchym wyliczaniem wyświechtanych złotych rad, dziesięciu sposobów na przetrwanie. Musimy być twardzi, jesteśmy ludźmi sukcesu, bo tak nas wychowano – nie mamy gorszych dni, a przynajmniej tego nie okazujemy – to takie nieprofesjonalne.

A ja wciąż tu jestem. Myślę, czuję i radzę sobie, choć nie zawsze powinnam. Radzę sobie, ale chcę też doświadczać. Chcę czuć wszystko, od początku do końca, nie poddając się schematom wiecznego optymizmu promowanego w sieci, który jest tak piękny, że dla mnie aż nierealny. I przetrwam to wszystko, bo kiedyś znowu przyjdzie wiosna – nie kalendarzowa, a moja własna, orzeźwiająca po letargu i pobudzająca do działania. Kolejna wiosna w mojej sinusoidzie, przecież już ją znam. To takie błahe z powodu swojej powtarzalności, ale chyba właśnie na tym polega życie. Z miłością, nienawiścią, radością i przygnębieniem – wszystkim, co leży w naszej naturze.

Wiem, że jestem złożonym kalejdoskopem zbudowanym z różnorodnych, czasem skomplikowanych emocji, ale nie zamierzam odbierać sobie prawa do połowy tego piękna. Nie chcę niewzruszenie brnąć do przodu, nawet gdy nogi odmawiają posłuszeństwa i ze wstydliwym uśmiechem przepraszać za zły dzień, byle tylko nie wypaść z obiegu, bo ciśnienie wewnątrz i bliżej nieokreślony ból narastają. Dlatego – za osobą, która odkryła przede mną wspaniałości pełnej palety barw – polecam Wam książkę Kazimierza Dąbrowskiego „Trud istnienia”. Nie na sztampowe jesienne obniżenia nastroju czy spadki energii, a na prawdziwą, człowieczą niemoc. To książka, która ma siłę – odwraca punkt widzenia, zmienia postrzeganie i przynosi ukojenie w najgorszym weltschmerzu. Wiem, że gdy mój egzemplarz zakończy objazd po bliskich, w tym roku przerobię ją po raz kolejny i znowu wyciągnę coś nowego, coś dla siebie, żeby przetrwać ten czas i jeszcze raz znaleźć pozytywny aspekt szeroko pojętego rozpieprzenia świadomości tego kim jestem i co tu robię.

UPDATE

Po tym wpisie dostałam od Was sporo wiadomości prywatnych, za które dziękuję, bo fajnie wiedzieć, że jesteście, zawsze staram się merytorycznie odpisywać.  Jednocześnie przypominam, że nie jestem psychologiem, psychiatrą, ani nawet nie mam wystarczającego doświadczenia, poza chwilowym uczuciem przygnębienia raz na jakiś czas. Wpis zamieściłam po to, żeby podkreślić fakt, o którym często zapominamy – mamy prawo do gorszego okresu i nie musimy się tego wstydzić – jesteśmy ludźmi, a nie automatami. To w porządku pozwolić sobie czuć wszystko i świadomie przeczekać te kilka dni, ale jeśli taki stan utrzymuje się długo, to warto porozmawiać z bliskimi i/lub szukać profesjonalnej pomocy. Jak zawsze – ja tylko rzucam temat do przemyślenia – zatrzymaj się nad nim chwilę i weź coś dla siebie, jeśli chcesz, możemy podyskutować, ale nie jestem w stanie udzielić pomocy przez internet, nie znając Was i nie mając specjalistycznej wiedzy. Dlatego zwyczajnie, jesiennie – trzymajcie się ciepło.

  • Ula

    Brak słońca, brak dobrego miejsca do życia i presja, żeby podołać wszystkiemu to kiepska mieszanka. Niestety wychodzi na to, że wielu ludzi aplikuje ją sobie regularnie :/ Ja też z niepokojem patrzę na zmieniającą się datę w komórce i uzbrajam się na walkę z jesiennym dołem. Dla mnie ratunkiem jest ruch na świeżym powietrzu, póki się da – rower i bieganie, potem tylko bieganie. Jakoś ciężko mi się dołować, kiedy z językiem na brodzie latam po lesie 🙂 Życzę Ci zrozumienia wśród bliskich i jak najszybszej realizacji marzenia o domku na wsi 🙂 Pozdrawiam.

    • Jak napisałam – u mnie to nie tylko kwestia złej pogody. W swoim życiu zaliczyłam przygody z wieloma sportami i to też nie było rozwiązanie. Gdy biegałam, myślałam podwójnie. 😉 To po prostu taki stan, raz na jakiś czas, gdy przestaje się nadążać za myślami.

  • Magda

    Czuję jakbyś zebrałaś moje myśli i ubrała w słowa. Życzę szybkiego przyjścia wiosny 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Jestem w tym samym emocjonalnym dole, więc poniekąd mi ulżyło, że nie tylko ja tak się czuję. To jest realne i mamy do tego prawo. Cieszę się, że napisałaś o tym tak otwarcie.