Tak myślę

Stawiam na minimalizm

lista minimalizm

Nie potrafię przypomnieć sobie momentu, w którym bym czegoś nie chciała, nie potrzebowała na jak najszybciej, na teraz, na już. Jestem fanką robienia list do wszystkiego, więc oczywiście mam też listę rzeczy, które muszę kupić/dostać/zdobyć w inny sposób. Lista takich rzeczy zawsze była długa, pochłaniała ogromną część mojego budżetu przy odhaczaniu kolejnych pozycji, a mimo to nigdy się nie kurczyła, bo bez przerwy dopisywałam nowe. Konsumpcjonizm w dzisiejszych czasach jest powszechny, a przy tym wydaje mi się na tyle oczywisty, że nie widzę sensu analizowania tego tematu. Wychowanie w kulturze, która od wczesnych lat nastawia człowieka na posiadanie, sprawia, że z wiekiem tracimy zainteresowanie pewnymi przedmiotami na rzecz innych, ale mimo wszystko stale gromadzimy, kupujemy, wydajemy pieniądze i pracujemy więcej i więcej, by zarobić na piętrzące się potrzeby wdrukowywane nam przez reklamy. Od dzieciństwa przeszłam przez kolekcje pluszaków, karteczek, figurek, ptasich piór, świec, znaczków, pocztówek i dalej nie wyliczam, bo połowy nawet nie pamiętam, ale zbierałam niemal wszystko, by potem ze wszystkiego wyrosnąć, a wówczas moje kolekcje trafiały na śmietnik albo w kolejne ręce. Następnie oczywiście przyszedł czas na ubrania, buty, dodatki i kosmetyki. Do momentu, gdy ilość posiadanych rzeczy zaczęła mi ciążyć.

Nie potrafię określić, kiedy idea minimalizmu zaczęła rodzić się w mojej głowie. W zasadzie nie interesowałam się tym tematem, zmiany przyszły samoistnie. Z perspektywy czasu potrafię wskazać kilka czynników, które miały wpływ na moje postrzeganie i po prostu odpowiednio się zgrały.

Brak miejsca
Dwie osoby mieszkające na 60 metrach nie mogły pomieścić się ze swoimi rzeczami. Brzmi nieco abstrakcyjnie, ale takie są fakty. Nie, dobra, jak fakty, to szczerze: mieszkanie zalała fala damskich ubrań, butów i kosmetyków, a także układane piętrowo pudła ‚na drobiazgi’. Wprowadzając się do mojego faceta, przyciągnęłam ze sobą stosy rzeczy, w tym dwa worki takich, których miałam się już pozbyć, wystawić gdzieś na sprzedaż, ale nie mogłam się za to zabrać – od roku. Miałam problem z przesuwaniem wieszaków w szafie, buty stały jedne na drugich, a lakiery po kilku dniach z równo ustawionych rzędów przekształciły się w kolorowy chaos. Po zrobieniu prowizorycznych porządków doszła jeszcze jedna torba na dnie szafy – w dziale rzeczy ‚jutro wystawię na allegro’. I tak leżała kilka miesięcy, póki nie pojawił się pies, którego zapas karmy trzeba było gdzieś upchnąć.

Adopcja psa
Jeszcze rok temu nie myślałam o oszczędzaniu, więc wstępna wyprawka dla szczeniaka porządnie uszczupliła moje konto, a i tak co chwilę okazywało się, że o czymś zapomniałam, o czymś nie pomyślałam, coś by się jeszcze przydało, no i oczywiście pełna szafka psich przysmaków to absolutna konieczność. Do tego doszły szczepienia, odrobaczenia i wszelkie inne konieczne wydatki, które odsunęły moje zachcianki na dużo dalszy plan. Większą radość sprawiało mi wydawanie pieniędzy na psa, niż na siebie. Zaczęliśmy też chodzić na codzienne spacery, o które czasem musiałam walczyć nawet z uczelnianym planem zajęć, więc nie miałam też czasu na chodzenie po sklepach. Gdy największe wydatki związane z psem się skończyły, stwierdziłam, że czas kupić coś dla siebie i pojechałam do galerii. Po godzinie byłam zmęczona tłokiem i hałasem, a co więcej – naprawdę nie czułam potrzeby kupowania czegokolwiek dla samej idei, nic nie było mi potrzebne. Adoptując psa nieświadomie zafundowałam sobie porządny detoks od zakupów, mody i aktualnych trendów i wreszcie zauważyłam, jak dużo czasu i energii traciłam na coś tak dla mnie nieistotnego.

Zmieniłam się i zaczęłam szanować swój czas
Czytałam więcej wartościowych książek, skupiłam się na rozwoju osobistym i uczyłam się panować nad emocjami. Z osoby, która nie omijała niemal żadnego spotkania ze znajomymi, stałam się osobą bardziej wyciszoną i zamkniętą w sobie, a wszelkiego typu imprezy przestały mnie bawić – nie wychodziłam z nich mądrzejsza, nie rozwijały mnie w żaden sposób, coraz częściej rozmowy mnie nudziły i wydawały się jałowe. Wyjście do ludzi wiązało się też z tym, że muszę się ‚wyszykować’ – fajne ciuchy, pełny make-up, dobrze, jak będą też obcasy – tylko właściwie po co? Dobrze jest o siebie dbać, ale ten przerost formy nad treścią nie sprawiał mi już przyjemności, a staranie się dla innych? Z jednej strony zaczęło mnie to męczyć, a z drugiej nawet śmieszyć. Szkoda mojego czasu na zmuszanie się do czynności i spotkań, na które nie mam ochoty, ten czas mógł być lepiej spożytkowany – choćby na spacerze z psem, gdzie czuję się swobodnie, nie muszę się stroić i mam możliwość wyciszenia się i podumania nad różnymi sprawami.

Wydaje mi się, że to wszystko było ważne. Jeden z tych czynników samodzielnie nie wpłynąłby na mnie w takim stopniu, jak zrobiły to wszystkie na raz. Zmusiło mnie to do innego spojrzenia na siebie, ustalenia priorytetów i porządnego przedefiniowania potrzeb i systemu wartości. Nie chciałam już ‚mieć’, skupiać się na ciągłym gonieniu za realizacją kolejnych potrzeb, albo na próbach usatysfakcjonowania ludzi wokół, nie chciałam tracić czasu na spotkania, na które nie mam ochoty i ogólnie na robienie czegokolwiek, czego sensu nie widziałam. Nie widziałam w tym wszystkim siebie. Gdy przestawiłam swój tok myślenia, pozostało jedynie posprzątać dotychczas nagromadzone bibeloty, przydasie i inne absolutnie-niezbędne-rzeczy, które zalegały na dnach szuflad, a także nieco przyzwyczaić znajomych do tego, że częściej mnie nie ma, niż jestem, a naciskanie w stylu ‚masz być’ prędzej sprawi, że przestanę odpisywać, niż zmusi mnie do wyjścia z domu.

W związku z tyloma zmianami powstanie pewna seria wpisów o minimalizmie – nie wiem nawet dokładnie, jaka jest jego definicja, ale nieszczególnie mnie to interesuje, bo nie kieruję się definicjami i wytycznymi. To, czy mój styl życia jest minimalistyczny, zapewne jest kwestią punktu widzenia. Mi samej zależy przede wszystkim na prostocie, na rozwoju wewnętrznym i zostawieniu z boku tego, co w jakiś sposób mnie ogranicza, co zajmuje mój czas, czy zabiera energię, z jednoczesnym uczuciem, że kompletnie mnie nie wzbogaca. Sporo udało mi się już osiągnąć w oczyszczaniu własnej przestrzeni i życia w szerszym pojęciu, ale jest kilka aspektów, którym muszę poświęcić jeszcze trochę czasu, przy czym nie na wszystko jestem gotowa. Mimo tego pewien etap mam już za sobą, dlatego uznałam, że jest to dla mnie dobry moment, by zrobić małe podsumowanie. Na potrzeby wpisu rozejrzałam się po blogach o minimalizmie (dużo ich!) i jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa: każdy ma swoją definicję. Są one zbliżone, ale jednak podejścia bywają różne. Niech będzie. Ja odkrywam swój własny minimalizm.

  • Super! Popieram, u Ciebie takim punktem zwrotnym była adopcja psa, u mnie chyba pęd za urządzaniem, wyciem własnego gniazda. Przeprowadziłam się na swoje jednym kursem samochodem osobowym, nie miałam wiele rzeczy, a dopiero później zaczęło się gromadzenie, urządzanie, bo to bo tamto trzeba było mieć. Na szczęście szybko się ogarnęłam, bo szukając sposób na organizację przestrzeni trafiłam na minimalizm. Też problemy zdrowotne, mocno uświadomiły mi, że wolę być zamiast mieć.

    • niepoprawna weganka

      W takim razie jeszcze jestem daleko za Tobą – jeden kurs samochodem to abstrakcja. Ale z drugiej strony – garnki, patelnie, ponad metrowa klatka dla królików – to wszystko rzeczy, które są potrzebne, więc chyba w jeden samochód nigdy się nie zmieszczę. Chociaż ponoć lepiej nie mówić ‚nigdy’, może wszystko przede mną. Najważniejsze jest to, co napisałaś – być, nie mieć. Na tym trzeba się skupić.