Na temat Tak myślę Weganizm

Weganizm, aktywizm, zero waste i równowaga.

natura i równowaga

Weganką zostałam ponad dwa lata temu. Niewiele później zainteresowałam się minimalizmem. Pół roku temu pochłonęła mnie idea zero waste. Poznałam swoje granice, przekroczyłam je, teraz robię krok w tył.

Nie krzywdź zwierząt. Nie niszcz planety. Chciej tyle, ile potrzebujesz. Uprawiaj sport. Odżywiaj się zdrowo. Zwolnij tempo. Redukuj stres. Myśl pozytywnie. Pokochaj siebie. Miej cierpliwość. Poczuj wdzięczność. Celebruj codzienność. Coś jeszcze? 

Świadomość społeczna rośnie – bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie, każdy z nas styka się na co dzień z walką o los zwierząt, o środowisko, czy po prostu o drugiego człowieka. Jednocześnie coraz bardziej zauważalne jest dążenie do życia slow, osiągnięcia równowagi, wewnętrznego spokoju, bycia tu i teraz i doceniania codzienności. Wszystkie kwestie, w których moglibyśmy zabrać głos oraz tak pożądane zmiany w życiu każdego człowieka, choć pozytywne, potrafią przytłoczyć swoją ilością.

Odpowiedzialność, która na nas spoczywa, nie ogranicza się już do nas samych i naszych wyborów. Jesteśmy odpowiedzialni za mniejszych, za słabszych, za tych, którzy nie mogą mówić w swoim imieniu. Chcąc nie chcąc jesteśmy częścią społeczeństwa, którego globalne postępowanie pozostawia wiele do życzenia. Świat wymaga od nas działania wielopłaszczyznowego.

Mówi się też o zdrowiu psychicznym, choć wciąż spłaszcza się je do pojęć równowagi wewnętrznej, dbania o ciało i umysł, samorozwoju, samorealizacji, samoakceptacji, samowszystkiego, określanych mianem zdrowego egoizmu.

Wszystko na raz.

Choć mówiłam o dystansie i miałam świadomość jego istotnej roli w codzienności, gdzieś mimochodem zjadła mnie desperacka chęć naprawiania świata kryjąca się za każdą moją decyzją. Z równowagi wytrąciła mnie świadomość wszystkich problemów świata, które sprowadzały się do codziennych wyborów – do jedzenia mięsa, produkcji plastiku, konsumpcjonizmu i ogromu pozornie prostych decyzji w kwestiach, których nie poruszałam na blogu.

Starając się znaleźć chwilę dla siebie i poświęcając wieczór na odpoczynek, wyłączając się ze wszelkich powinności, czułam, że tracę czas, że za mało od siebie wymagam. Angażowałam się po kolei w sprawy, które były dla mnie ważne, do momentu, w którym niedosyt działania i kontrastujące z nim rozczarowanie tempem zmian i frustracja ustąpiły bezsilnej obojętności.

Zawsze jest coś, co można robić lepiej, co można naprawić, o czym można mówić i uświadamiać resztę społeczeństwa. Wartości wymagających odbudowania nigdy nie ubywa, bo choć możemy cieszyć się sukcesami, małymi krokami naprzód, przed nami wciąż kilometrowe drogi do utopijnego świata, który każdy z nas chowa w głowie w odpowiedzi na zastaną rzeczywistość. Trudno w tym wszystkim znaleźć granice własnych możliwości, gdy wokół widzi się tyle przedmiotów troski wymagających zaangażowania. Ja stale czułam, że mimo zmęczenia stać mnie na jeszcze jeden krok naprzód, jednak nigdy nie zastanawiałam się nad konsekwencjami zwyczajnego wypalenia. Nie sądziłam, że to może mnie kiedykolwiek dotknąć.

Granice i równowaga

Niezmiennie cieszą mnie sukcesy organizacji prozwierzęcych, za którymi stoją rzesze ludzi poświęcających swój wolny czas na mozolną i długą walkę. Podziwiam osoby, które są daleko przede mną w kwestii rezygnacji z plastiku. Gratuluję tym, którzy znajdują chęci, czas i motywację do zdrowego stylu życia. Jednocześnie dotarło już do mnie zmęczenie. Czułam znużenie na myśl o rzeczach, które powinnam zmienić, o codziennych wyborach, które są chybione i całej liście spraw, za które czuję się zobowiązana wziąć odpowiedzialność. Na myśl o wszystkich tych kwestiach, po których pozostawał smród i wyrzuty sumienia, niezależnie od starań, bo można było zrobić więcej, wszystko można było zrobić lepiej.  W tych nieprzebranych powinnościach zawsze jest coś, co można zrobić lepiej, bo niedosyt kontrakcji na podłość zbudowanego przez nas świata wciąż rośnie.

Domagałam się braku cierpienia zwierząt, czystej planety, a przede wszystkim codziennego spokoju i opanowania we wszelkich działaniach. Rzeczywistość wymuszała na mnie bieg, podczas którego nie zawsze miałam czas na analizowanie pięknych idei i własnej moralności względem świata. Jedynie pod wieczór na wierzch przebijało się poczucie winy, od którego w pewnym momencie po prostu trzeba się odciąć.

Poznałam swoje granice, przekroczyłam je i przyszedł czas, żeby zrobić krok w tył.  Na nowo łapię dystans, przyglądam się światu i próbuję patrzeć na niego chłodniej. Godzę się z tym, że nie jestem w stanie zmienić wszystkiego w dzień, miesiąc czy rok. Nadal staram się przede wszystkim nie szkodzić, jednak do puli dorzucam jeszcze siebie. Działania są potrzebne, ale podejmowane z nadmierną intensywnością prowadzą do przemęczenia, przez co są nieefektywne, bo krótkofalowe.

Zmiany to przede wszystkim cierpliwość i czas – również ten na odpoczynek i zadbanie o siebie. Zebrać siły i znowu, już we własnym tempie, ruszyć do przodu. Od Nowego Roku, kolejnego miesiąca, czy przypadkowego dziś, gdy wróci poczucie gotowości.

%d bloggers like this: