Na temat

Od początku

dziewczyna i koń

Czyli jak się wszystko zaczęło.

A zaczęło się kilka lat temu, gdy będąc w liceum zaczynałam już myśleć o tym, co my jako ludzie, jako całe społeczeństwo, robimy zwierzętom. Wychowałam się w domu, w którym zawsze były zwierzaki, o które należało dbać i je szanować, z czasem zaczęłam też czytać o hodowlach, oglądać straszne, ociekające krwią filmiki na youtubie i zbierając wszystko razem, podjęłam pierwszą próbę rezygnacji z mięsa, jednak mój zapał ostygł po tygodniu, może dwóch. Nie miałam pojęcia o bilansowaniu diety, kupiłam gotowe kotlety sojowe, które były obrzydliwe, a cała rodzina siadała przy stole i jadła zwyczajny, pachnący obiad, więc mówiąc wprost: nie dałam rady. Kolejna próba została podjęta na pierwszym roku studiów, kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i mogłam sama sobie gotować, choć moje umiejętności ograniczały się do ugotowania paczki ryżu i wrzucenia mrożonych warzyw na patelnię. Jednocześnie rezygnacja z mięsa przełożyła się na spożywanie ogromnej ilości nabiału – serów, twarogów i jogurtów, co z kolei skończyło się skazą białkową – całą twarz miałam obsypaną małymi wypryskami, czułam się źle fizycznie i psychicznie, co poskutkowało kolejnym powrotem do poprzedniej diety. Nie minął rok, a podjęłam kolejną próbę, tym razem skuteczną. W końcu do trzech razy sztuka!

Od miesiąca rozmawiałam z moim partnerem o tym, że moglibyśmy spróbować diety bezmięsnej, byliśmy zgodni co do tego, że nie chcemy przykładać ręki do takiego traktowania zwierząt. Uprzątnęłam lodówkę i zjedliśmy ostatni posiłek mięsny – zwykłą zupę pomidorową. Naczytałam się blogów, przeglądałam fora i różne strony, po czym w pełni zmotywowani pojechaliśmy na zakupy omijając półki z mięsem. Pierwszym wegetariańskim obiadem była zupa jarzynowa – dziwny wywar z warzywami z paczki zabielony śmietaną. Nie mogę powiedzieć, że była niesmaczna, bo smaku zwyczajnie nie miała, co nieco nas zniechęciło, ale próbowaliśmy dalej. Następne były kotlety jaglane z jajkiem, bo byłam pewna, że nie jest możliwym sklejenie ich bez tego składnika, tak powszechnego w każdej zwykłej kuchni. I tak przez kolejnych kilka dni – szukałam i próbowałam. Byłam tak wszystkim zaabsorbowana, że postanowiłam również zainteresować się nietestowanymi kosmetykami, dzięki czemu trafiłam na bloga KocieUszy, a najbardziej w pamięć wryły mi się dwa wpisy: ten i ten – właśnie po nich postanowiłam przejść na weganizm. Okazało się, że kotlety jaglane kleją się bez jajka, a do tego żadne z nas nie wyczuło różnicy w ich smaku w porównaniu z poprzednimi. Gotowce są drogie, więc zaczęłam sama robić sobie pasty na kanapki. Nie miałam mleka do kawy (znowu – #bodrogo), więc przerzuciłam się na herbaty. Rezygnacja z mleka czy sera okazała się niczym, w porównaniu z czytaniem składu produktów w sklepie, to był chyba najtrudniejszy moment w tym wszystkim, gdy nagle z pięciominutowych wypadów zrobiły nam się półgodzinne zakupy, a ja załamywałam ręce niemal przy każdym kolejnym produkcie. Na szczęście z czasem szło coraz lepiej, a z drugiej strony po prostu pogodziłam się z tym, że do niektórych rzeczy nawet nie warto się zbliżać, bo skład jest zbyt oczywisty. Dużo łatwiej poszło z kosmetykami, choć nadal dokańczam płyn micelarny Garniera, którego używam tak rzadko, że pewnie będzie stał na półce jeszcze dobrych parę miesięcy. Gdy widziałam, że coś mi się kończy, odpowiednio wcześniej przeglądałam listę firm nietestujących (dzięki Ci, że istniejesz!), a po wybraniu jednej z nich, szukałam informacji, które produkty są wegańskie, albo po prostu szłam do sklepu i wybierałam – znowu czytając składy, ale nie przesadzajmy, w obrębie jednej firmy nie ma tego czytania znowu aż tak dużo.

Pauza na żarcik, który w tamtym okresie bawił mnie niezmiernie:
– Ilu wegan potrzeba, aby wkręcić żarówkę?
– Dwóch. Jeden wkręca, drugi czyta jej skład
*zupełnie serio, tak wyglądały nasze zakupy przez pierwszy miesiąc, może dwa.

I wracamy do wątku. Czy zdarzały mi się wpadki? No przecież! W kosmetykach może trochę rzadziej – chociaż jeszcze ze dwa tygodnie temu spojrzałam na skład jakiejś Ziai, której używam od zawsze, a tam lanolina. Musiałam znowu przegrzebać internet i dowiedzieć się, że składniki w większości produktów są syntetyczne. Uff! Dużo częstsze były wpadki spożywcze: a to ciasteczka Belvita – któreś są ok, ale kakaowe na pewną mają jajka. Albo mleko. No, coś mają. Innym razem nietrafione pesto (nawet nie czytałam składu – olej, bazylia, przyprawy, co tam jeszcze może być? – doczytałam się już w domu, coś mnie tknęło).

I co z tego? No nic. Zamiast się przejmować i martwić, jak bardzo jestem do dupy i jak bardzo skrzywdziłam właśnie jakieś zwierzę, wolę zwyczajnie stwierdzić ‚ok, stało się, teraz już będę pamiętać’. Naprawdę, świat się od tego nie wali.

Czy czegoś mi brakuje? Teraz już nie bardzo. Na początku najbardziej ubolewałam nad serem (ach, te ciągnące się zapiekanki) i nad wszystkimi słodyczami. W pierwszym okresie jadłam Oreo tak często, że nie mogłam już na nie patrzeć, więc potem obrzydły mi jeszcze biedronkowe owsiane ciasteczka – Bonitki. Doszło do tego, że wolałam nie jeść w ogóle słodyczy, niż z rosnącą frustracją oglądać kolejne opakowanie, jedno za drugim, bez końca, po czym coraz gwałtowniej odkładać je na półkę. Nie chcę demonizować, bo wybór wegańskich słodyczy jest naprawdę całkiem niezły, o czym przekonałam się z czasem, ale to nadal nic wśród zawalonych sklepowych półek, gdy człowiek stoi i ma ochotę się rozpłakać z bezsilności, bo przecież gdzie są moje ciasteczka?! Przez to odzwyczaiłam się od słodyczy. Nie twierdzę, że nie jem ich wcale, ale z częstotliwości codziennej zeszłam do słodkości raz w tygodniu, czasem rzadziej. Po pewnym czasie dokończyłam też zapiekankę po moim chłopaku – jego połówka była z serem, a skoro i tak mam wyrzucić… Nie wytrzymałam, zjadłam, rozbolał mnie brzuch, było mi ciężko, a smak nie powalał tak bardzo, jak pamiętałam. Ot, cała przykra historia. Wtedy ostatecznie stwierdziłam, że nie tęsknię za serem czy mlekiem, a za ich wyobrażeniem w mojej pamięci. Smak się zmienia, przyzwyczaja do nowego, tak jak i organizm, a ja nie chcę więcej jeść czegoś, co mi wyraźnie szkodzi, na co mój organizm reaguje tak nieprzyjemnie.

Korzyści ogólne – na początku chudłam w zastraszającym tempie (przede wszystkim po odstawieniu nabiału), teraz już trochę zwolniłam. Mam ładniejszą cerę, z którą zawsze miałam problemy. W końcu mogłam oddać krew! I jest mi po prostu dobrze ze sobą, czerpię satysfakcję z takiego trybu życia. Ale to wszystko tematy na dłuższe opowieści.