Tak myślę

#niekupujadoptuj, byle odpowiedzialnie: czyli z jakim ryzykiem wiąże się adopcja

adopcja psa

Gdy pisałam o zaletach adopcji wymieniłam sporo powodów, dla których warto adoptować. Na koniec jednak wspomniałam, że nie zawsze jest kolorowo. Znalazły się osoby zainteresowane tym tematem, dlatego dziś spróbuję to trochę rozjaśnić.

Dziś po prostu podzielę się swoimi doświadczeniami, gdy już zobaczyłam, że nie taka adopcja piękna, jak ją malują. Nie zamierzam oczywiście jej negować, bo nadal uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie, gdy chcemy dać dom zwierzakowi, dlatego jeśli jesteś tu pierwszy raz, bardzo proszę, przeczytaj poprzedni post, zanim dzisiejszym się zniechęcisz – tak dla równowagi, bo warto poznać obie strony medalu.

A teraz do rzeczy, czyli do raczej przykrych faktów. Piszę na podstawie wciąż zbieranych doświadczeń po adopcji dorosłego psa.

„14 dni na zwrot”

Od tego muszę zacząć. Po powrocie do domu przeczytałam umowę adopcyjną, a tam było wyraźnie napisane, że mamy 14 dni na zwrot. Brzmi to trochę jak umowa sprzedaży przedmiotu, odpycha mnie strasznie i gdy tylko patrzyłam w ufające oczy Soi, nie mogłam sobie wyobrazić, że mielibyśmy tak po prostu z niej zrezygnować. To stworzenie pokładało we mnie swoje nadzieje, chodziła za mną krok w krok i naprawdę chciała z nami być, mówiła to całą sobą. A ja nie mogłam jej odpowiedzieć nic innego, jak tylko: nie martw się, Mała, damy radę, nauczymy się siebie. Nie mogłabym z niej zrezygnować. Nie umiałabym. Przecież każdy zasługuje na dobre życie.

Stąd między innymi ten post – rozumiem, że to jest jakiś zapis, który ma zabezpieczyć psy i nowych opiekunów, gdyby wynikło coś… nieprzewidzianego? Mimo wszystko nie wiem, kto z tego korzysta. Jeśli myślisz o adopcji, ale istnieją jakieś okoliczności, z których potem mogą wyniknąć komplikacje – przemyśl to dobrze pięć razy, odwiedzaj psa i próbuj go poznać. Może przypisuję psom zbyt wiele ludzkich cech, ale nawet kilka dni w cieple rodzi nadzieję, a te zwierzaki naprawdę przeszły już wystarczająco dużo – łatwo zburzyć ich zaufanie do człowieka i umiejętność budowania więzi, a to z kolei zmniejszy ich szanse na adopcję.

Ja o drugim psie myślałam od dawna, ostateczną decyzję podejmowaliśmy przez miesiąc, a gdy już się zdecydowaliśmy, pozostało rozwiązać wszystkie problemy, jakie z tego wynikły. Choć – nie ukrywam – nie raz czułam strach, że może jednak nie dam rady i wątpliwości, czy to była dobra decyzja, czy rzeczywiście byliśmy gotowi.

Płać i bierz

Jadąc do schroniska liczyłam na to, że dowiem się czegoś więcej o psie, którego chcę adoptować. Bilbo był z nami, polubili się, podeszliśmy do woliery z kotami, nie była zainteresowana, więc wyglądało to całkiem dobrze. Próbowałam zdobyć więcej informacji, jak i gdzie ją znaleźli, jak zachowuje się w schronisku, może coś o jej charakterze?

Zapłaciłam, podpisałam, nie dowiedziałam się wiele więcej, niż wyczytałam w ogłoszeniu – wyłapana z ulicy, łaknie kontaktu z ludźmi, „idealny pies na kolanka”. I pojechaliśmy do domu. Ile w tym wszystkim było prawdy, przekonaliśmy się później. A poza tym…

„Trochę chorowała, ale już jest zdrowa, trzeba ją tylko podtuczyć.”

Na zdjęciach Soja wyglądała na okaz zdrowia. Trochę krzywa, rozczochrana, z uszyskami jak u Dumbo, ale właśnie tym skradła nasze serca. Pojechaliśmy do schroniska. Naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy: wystające kości, zapadnięte boki, podkulony, choć bezustannie merdający ogon.

Okazało się, że po przybyciu do schroniska Soja chorowała na parwowirozę – ostra biegunka, wymioty, odżywianie przez kroplówkę. Została wyleczona, a to, co widzieliśmy, to tylko pozostałości choroby po wycieńczeniu organizmu – przeżyła i to najważniejsze, musieliśmy ją tylko utuczyć, a to nam całkiem nieźle wychodzi. Mimo wszystko nie wiedziałam, jak karmić tak chudego psa, wydawała się tak delikatna, że baliśmy się jej dotykać, więc od razu pojechaliśmy do naszego weterynarza. Zlecono nam badania kału, a tam kokcydioza i lamblioza. O tym nikt nie mówił.

Kokcydioza jest chorobą zakaźną również dla kotów, dla królików często, choć nie zawsze, mimo wszystko króliki też musiały przyjąć leki, nie chcieliśmy tego rozwlekać na kolejne badania, powtórne leczenie, postanowiliśmy leczyć od razu całą szóstkę. Lamblioza to po prostu robaki, ale łatwo nie było. Zarazić się mogą koty i ludzie. Leczenie przez 20 dni dla dwóch kotów i dwóch psów, traktowanie całego domu wrzątkiem, bo tylko to na te robaki działa, nieskończona ilość prań w najwyższej temperaturze, ubrania, koce, pościel, ręczniki, miski, naczynia, podłoga, klamki, łazienka, dywan, wszystko z czym mamy kontakt, czego dotykamy, gdzie mogłyby być jaja lamblii. I łącznie blisko 1000 zł zostawione u weterynarza. A mieliśmy tylko utuczyć przybłędę ze schroniska.

Co ważne – to nie pojedynczy przypadek, bo lamblioza jest bardzo częsta w schroniskach i wszelkich siedliskach, gdzie przebywa dużo zwierząt (tutaj po prostu muszę zaznaczyć, że dotyczy też pseudo-hodowli). Patrząc z drugiej strony – cieszę się, że to było „tylko tyle”. Biorąc pod uwagę ilość zwierząt będących pod opieką zaledwie garstki ludzi, mogliśmy trafić na gorsze choroby, o których byśmy nie wiedzieli. Psów w schroniskach jest za dużo, więc jeśli nie ma objawów zewnętrznych, ciężko wyłapać jakieś schorzenia u tego jednego, gdy wokół są dziesiątki czy setki innych, równie mocno potrzebujących uwagi stworzeń.

Biorąc psa ze schroniska po prostu nie można mieć całkowitej pewności.

adopcja psa

Lęk separacyjny

Adoptując Soję celowo wybraliśmy czas mojej sesji – miałam już wszystko zaliczone i mogłam poświęcić jej czas, pokazać życie w naszym domu, czyli nauczyć stosunku do kotów i królików. Wybraliśmy bardzo łagodnego psa, to odruch „gonić króliczka” był do przewidzenia. To na szczęście okazało się całkiem łatwe. Problem pojawił się, gdy w końcu oboje musieliśmy wyjść z domu.

Wiele psów ze schroniska cierpi na lęk separacyjny, czyli nic innego, jak strach przed porzuceniem. Soja, mimo towarzystwa Bilba, który po prostu śpi, gdy nas nie ma, wyła bez przerwy. Musieliśmy wychodzić na chwilę, bez celu, po prostu wychodzić z domu, z czasem na coraz dłużej, by przyzwyczaiła się do naszej nieobecności i zrozumiała, że jednak zawsze wracamy. Zajęło to sporo czasu, ale powiedzmy, że w miarę się udało.

Nie sądzę, żebyśmy oduczyli ją innych zachowań. Drze papiery, chusteczki, wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej paszczy. Dziś zjadła tomik poezji Różewicza. Odsuwamy stół od kanapy, ale okazuje się, że wskakuje na niego też z ziemi. Rozgrzebuje kocią kuwetę. Raz rozkopała kanapę – dosłownie, wykopała z niej gąbkę. I tak była pogryziona przez króliki, więc strata nie jest ogromna, ale koszty napraw… Jeśli gdzieś leżą jakieś ubrania, Soja znosi je do przedpokoju i się na nich kładzie. Codziennie chodzimy na spacery, gdzie wyładowuje energię i zawsze mam nadzieję, że to wystarczy, żeby była zbyt zmęczona na niszczenie. Bywa, że wyjdziemy na kilka godzin i po powrocie zastajemy porządek, ale bywa też tak, że nie ma nas pół godziny, a ona zdąży coś narobić. Nie ma reguły.

Żadnych gwałtownych ruchów

Już po wejściu do domu okazało się, że Soja jest psem wystraszonym. Odpięłam smycz, a ona od razu pobiegła do klatki królików, na co automatycznie krzyknęłam, żeby ją zatrzymać, zupełnie normalnie, jak sądziłam – Bilbo nigdy się tym nie przejmował. Wróciła do mnie z podkulonym ogonem, ja się schyliłam, by odpiąć jej obrożę, jednak nie udało mi się od razu. Najpierw narobiła pod siebie, potem przewróciła się na plecy, cała napięta.

Na początku powtarzało się to często, w zasadzie zawsze, gdy się nad nią pochylałam – nawet po miłym spacerze, kiedy dobrze się bawiła i czuła się raczej komfortowo, ale po powrocie do domu chciałam ją podnieść i wsadzić do wanny, żeby umyć łapy. Albo gdy chciałam ją szybko zdjąć z kanapy, bo widziałam, że zaraz będzie wymiotować. Albo gdy zerwałam się z miejsca, bo usłyszałam, że w kuchni coś kipi. Albo gdy machnęłam ręką, bo gestykulowałam podczas rozmowy. Ciężko przypomnieć sobie wszystko, bo sporo tego było.

Jest z nami prawie dwa miesiące i mogę powiedzieć, że niemal przeszedł jej ten strach i nie spodziewa się już uderzenia z każdej strony. W międzyczasie my też nauczyliśmy się rozgraniczać nasze podejście do rozpieszczonego Bilba i wystraszonej Soi. Oczywiście chcemy ją trochę wychować, ale przy tym pracuję też nad sobą – stanowczość przy jednoczesnym zachowaniu absolutnego spokoju bywa wyzwaniem, które przy niej jest koniecznością, aby nie czuła się atakowana. Nadal chowa się, gdy mam w ręku miotłę. Wniosek jest prosty – kiedyś była bita.

Co najgorsze dla psa takiego jak ona – cokolwiek by się nie działo, zawsze przychodzi z podkulonym ogonem i szuka kontaktu, ciepła, wybaczenia, nawet jeśli nic nie zrobiła. Przykro to mówić, ale naprawdę łatwo ją skrzywdzić.

Swoją własną drogą

Panuje dość powszechna opinia, że psy, które poznały życie na ulicy, włóczyły się z miejsca na miejsce, potem mogą mieć tendencję do uciekania. Choć nie raz słyszałam historie psów, które uciekały od swoich nowych opiekunów, sama nie mogę tego potwierdzić. Nie mogę też jednoznacznie zaprzeczyć.

Obserwuję Soję na spacerach, jest dość grzecznym psem, przybiega od razu, gdy się ją zawoła, jednak widzę ogromną różnicę między nią, a Bilbem. On chodzi ścieżkami, pilnuje się i trzyma stosunkowo blisko. Ona natomiast zwiedza wszystkie krzaki i nie raz zapędziła się tak daleko, że musiałam ją zawrócić. Raz się na coś zagapiłam, robiłam zdjęcie, ustawiałam aparat, a gdy skończyłam, jej nie było.

Tak, to był mój błąd, ogromny. Stałam w miejscu i wołałam pół minuty – niby niezbyt długo, ale z każdą sekundą było mi coraz cieplej i czułam, jak narasta strach. Soja cała szczęśliwa wystrzeliła z krzaków. Bilbo jak gdyby nigdy nic wąchał okoliczne trawy, nie oddalając się na więcej, niż pięć metrów, do tego byłam przyzwyczajona.

Od tamtego wydarzenia wiem, że nie ma mowy o telefonie, o odpisywaniu na choćby najkrótszą wiadomość, na robienie zdjęć – jeśli już, to tylko z Soją na smyczy.

Warto było

Pewnie nie wymieniłam wszystkich problemów. Niektóre są tak błahe, że nie widzę sensu o nich pisać, jak choćby to, że Soja nie umie chodzić na smyczy i strasznie ciągnie. Pracujemy nad tym, a efektów praktycznie nie ma. Jest tyle innych spraw, z którymi sobie radzimy, że to naprawdę wydaje mi się mało ważne.

Mimo wszystko widzę ogromną różnicę między psem, którego adoptowaliśmy, a tym, który teraz leży koło mnie i w końcu głęboko śpi. Zaczynając od tego, że wreszcie można ją w miarę pewnie dotykać, bo przytyła 2 kg, przez fakt, że sama wchodzi do łazienki na mycie łap, a kończąc na tym, że zupełnie przestała robić pod siebie. Przychodzi do nas i ufnie odsłania brzuch do głaskania, wtula się w nas i jest absolutnie, całkowicie oddana. Z niej po prostu bije wdzięczność, co jest ogromnym kontrastem przy Bilbie, któremu „się należy”.

To całkowicie egoistyczne, ale satysfakcja wynikająca z postępów, jakie zrobiliśmy, ze stworzenia niesamowitej więzi i faktu, że ufa tylko nam, jest po prostu nie do opisania. Z perspektywy doceniam już to, że trafił nam się właśnie taki pies. Widzę na własne oczy jej postępy i po prostu wiem, że pomogłam, że zmieniłam jej życie.

W tak krótkim czasie przeszliśmy całkiem sporo. To był trudny okres, ale zaowocował czymś tak wyjątkowym, że nie umiem tego opisać.

Adopciaki.pl

Wiem, że takie przeprawy nie są dla każdego. Mam też na uwadze fakt, że to wszystko jest subiektywne. Dla mnie największym zmartwieniem były kwestie finansowe, bo przy każdym kolejnym rachunku od weterynarza obliczałam, ile muszę wypłacić z moich teoretycznie nienaruszalnych oszczędności. Dla kogoś innego nie do pomyślenia jest niszczenie mebli przez psa.

Jeśli obawy są na tyle duże, że mogą zaważyć na adopcji, warto sprawdzić program adopciaków. Tam teoretycznie możliwe jest znalezienie psa idealnie odpowiadającego naszym warunkom, stylowi życia, potrzebom i wszelkim aspektom, które są ważne dla potencjalnego opiekuna.

Czemu teoretycznie? Bo ja nie skorzystałam z tego programu i nie mogę się wypowiedzieć na temat jego działania. Natomiast gdy wróciliśmy ze schroniska okazało się, że bierze ono udział w programie i możemy wrzucić zdjęcia i historię Soi, żeby pokazać, jaka to super świetna sprawa. Idea programu jest fajna, jednak ile mamy z nią wspólnego?

Nie dowiedzieliśmy się zbyt dużo o psie, wybraliśmy go sami przez olx, a potem zderzyliśmy się z wieloma nieprzewidzianymi problemami. Nie dostaliśmy obiecywanego w programie vouchera na kontakt z weterynarzem czy behawiorystą i wszystko musieliśmy rozwiązać sami.

Wiem, że budowanie takiego programu to powolny proces i trzeba go promować. Mimo wszystko takie sztuczne nadmuchiwanie sprawy wydaje mi się bardzo nie w porządku. Dlatego jak pisałam – warto to sprawdzić, ale nadal trzeba mieć na uwadze, że nie wszystko jest takie idealne, jak byśmy chcieli.

Adoptuj świadomie

Adoptując można trafić na psa idealnego, ale istnieje też ryzyko, że bardzo się rozczarujemy. Myśl o 14-to dniowym zwrocie nawet mimowolnie będzie przebiegała przez głowę, nigdy nie wypowiedziana na głos.

Obawy przed dorosłym, schroniskowym psem są uzasadnione, bo nawet na spacerach zapoznawczych nie jesteśmy w stanie w pełni go poznać. Wiele problemów może ujawnić się dopiero w momencie, gdy pies znajdzie się już w naszym domu. Mogą to być problemy mniejsze, ale też większe, niż te, z którymi ja miałam do czynienia. W gruncie rzeczy uważam, że nasze były/są całkiem niewielkie. To wszystko znowu subiektywizm, chęci i czas, jakie możemy poświęcić psu, a nie da się przewidzieć wszystkiego.

Mimo wszystko uparcie jestem za adopcją. Każdy pies jest wyjątkowy, ma swój charakter. Adoptując dorosłego psa ze schroniska można liczyć na ogrom nowych doświadczeń, pracy zarówno nad psem, jak i nad sobą, oraz nieporównywalną z niczym satysfakcję, gdy widać pierwsze efekty i pies zmienia się na naszych oczach.

Można też adoptować zwierzaka z domu tymczasowego. Jego dotychczasowy opiekun na pewno będzie w stanie powiedzieć bardzo dużo o charakterze i zachowaniu psa, ale też o przebytych przez niego chorobach i ewentualnych trudnościach, jakie czekają przyszłego opiekuna.

Z drugiej strony można też adoptować szczeniaka. Nie ma różnicy między nim, a tym rasowym z drogiej hodowli, poza wyglądem oczywiście, tak ważnym dla próżności ludzi. A wychowanie szczeniaka leży tylko w chęciach jego opiekuna i mimo, że kiedyś chciałam kupić cavaliera, przestałam już wierzyć w „predyspozycje rasy”.

Nie wierzę w rasy łagodne i agresywne. Nie ma czegoś takiego. Możesz mieć gryzącego po kostkach yorka i pitbulla, który będzie kochał cały świat. Tylko po co? Przecież możesz też mieć psa bez pieczątek za setki lub tysiące złotych potwierdzających jego pochodzenie, który będzie po prostu odbiciem tego, w jakiej jest rodzinie i ile czasu poświęcono jego wychowaniu, a tym samym ocalisz istnienie, które mogło zostać zamknięte w schroniskowej klatce na całe swoje życie.

Najważniejsze – daliśmy radę!

Nie żałuję, że adoptowaliśmy Soję. Nie jest idealnym psem i pewnie nigdy nie będzie. Mi też brakuje umiejętności, żeby odpowiednio ją wychować, gdy posiada już własny, zdaje się całkiem spory bagaż. Nie wiem, czy ponownie zdecydowałabym się na adopcję dorosłego psa. W moim odczuciu szczeniaka o wiele łatwiej wszystkiego nauczyć. Jednak – co ważniejsze – nie ma problemów z różnymi niepożądanymi, a nabytymi już nawykami.

Wiem tylko, że w tym czasie zdążyłam ją pokochać. Jest członkiem naszego stada i jak każdy czasem coś napsoci, narobi kłopotów. Ciężko ją porównywać z Bilbem, który przybył do naszego domu jako maluch. Każdy z nich wymagał jakiejś pracy, cierpliwości, a i efekty są różne, inny rodzaj satysfakcji i stworzonej więzi.

Dlatego na koniec mogę tylko szczerze poradzić – przemyśl adopcję, żeby była świadoma i odpowiedzialna. Opieka nad jakimkolwiek zwierzakiem to mniej lub więcej obowiązków różnego rodzaju, więc dostosuj swoje chęci do możliwości. I mimo wszystko:

#niekupujadoptuj