Tak myślę

Minimalizm na wieszaku

szafa minimalistki

Żyjemy w czasach, w których ogromną uwagę przywiązuje się do wyglądu. Mam nieodparte wrażenie, że obecnie „opakowanie” liczy się bardziej, niż sama osoba.

Od najmłodszych lat zaszczepia się nam, że musimy ubierać się modnie, być na czasie, bo człowiek „passe” nie jest warty uwagi. Może w szkole uczymy się ładnych formułek w stylu „nie szata zdobi człowieka”, jednak w krótkim czasie fakt ten zostaje przysłonięty społeczną i medialną presją, gdy raz po raz jesteśmy zarzucani wydłużającymi się listami rzeczy „must-have”. Sztucznie wytworzone potrzeby i pragnienia muszą zostać zaspokojone. Tylko wtedy człowiek może zyskać przychylne spojrzenie otoczenia, a przez to poczuć się kimś wartościowym. Staramy się nauczyć dzieci, że najważniejsze jest wnętrze, a sami wypełniamy braki pewności siebie i ukrywamy kompleksy pod ubraniami i makijażem.

Nie zamierzam tu krytykować nikogo – sama jeszcze parę lat temu biegałam od sklepu do sklepu, wydając pieniądze na kolejne ciuchy i obliczałam, czy kupując bluzkę i wydając trochę mniej na jedzenie, przeżyję do końca miesiąca. W internecie krąży pełno obrazków kobiet stojących przed szafą z wylewającą się z niej zawartością, opatrzonych podpisem „nie mam się w co ubrać”. Kiedyś właśnie tak wyglądały moje poranki.

Traciłam czas na stanie i wpatrywanie się w szafę, nic mi nie pasowało, więc z irytacją sięgałam po pierwszą rzecz z brzegu, w której cały dzień czułam się źle, spadała moja samoocena i wciąż myślałam, że jeśli kupię coś nowego, to będzie mi lepiej. Z drugiej strony nie wszystko było w zasięgu mojego budżetu, więc odkładałam pieniądze na wymarzoną rzecz z myślą, że… Sama nie wiem, co sobie wtedy myślałam. Że kupując ją będę szczęśliwsza? Zakupowa lista nigdy się nie kurczyła, zawsze wiedziałam, że jest tego za dużo i nie na wszystko będę mogła sobie pozwolić, a człowiek, który skupia się na tym, czego nie ma, po prostu nie może być szczęśliwy.

szafa

Szczęściem jest oswobodzenie się z tego myślenia. Mi się udało i postawiłam na minimalizm.

Coraz więcej ubrań

Cenię sobie porządek, dlatego zawsze utrzymywałam go w szafie – nie miałam problemu z organizacją przestrzeni, tylko z ilością rzeczy. Średnio raz na pół roku robiłam porządny przegląd swoich ubrań, a mimo to wciąż ich przybywało. Oprócz tych faktycznie używanych miałam takie, których szkoda było mi wyrzucić – niektóre przestały do mnie pasować, jednak wciąż uznawałam je za ładne, z kolei za inne zapłaciłam tyle, że czułam żal na myśl o pozbyciu się ich. Wszystkie wisiały na wieszakach, a ja tłumaczyłam sobie, że może jeszcze kiedyś je założę.
Ubrania, których naprawdę chciałam się pozbyć, ale były w dobrym stanie, trzymałam w dużych torbach i obiecywałam sobie, że w wolnej chwili wystawię je na allegro. Do czasu podjęcia decyzji o skutecznym uprzątnięciu tej przestrzeni, na dnie szafy zebrały się już cztery takie torby.

Koniec wymówek

W momencie zrozumienia minimalizmu, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo ciążą mi te wszystkie rzeczy, ile przestrzeni i uwagi pochłaniają, a pozbycie się ich stało się dziecinnie łatwe. W sobotni poranek otworzyłam szafę, wyrzuciłam z niej wszystko i postanowiłam, że na wieszak wrócą tylko te rzeczy, które noszę. Niektórzy przyjmują konkretne kryterium: odzież nie noszona od roku jest odzieżą zbędną. Mi to nie pasowało – rok to bardzo dużo czasu. Biorąc każdą rzecz do ręki zastanawiałam się, kiedy ostatni raz miałam okazję ją założyć, ale tego nie zrobiłam. Podstawą było pozbycie się myśli pt. „może kiedyś założę”. Nie ma takiej opcji, jeśli z piętnastu koszulek stale wybieram tylko pięć konkretnych, to dla pozostałych nie ma już miejsca w mojej szafie.

Prostota, wygoda i komfort

Ileż to razy zakładałam bluzkę, w której nie do końca czułam się dobrze, na rzecz tego, by dobrze wyglądać. Przebić to może tylko liczba dni na obcasach, gdy już w połowie dnia czułam, że moje stopy mają dość, a kręgosłup zaczyna boleć. Spójrzmy prawdzie w oczy – to wszystko ma na celu jedynie przyciąganie spojrzeń, by choć na chwilę poczuć, że jesteśmy ładne, komuś się podobamy, by zapomnieć o kompleksach i poczuć się pewniej. Dla wielu kobiet jest to jedyny sposób, by uzyskać potwierdzenie dla swojej atrakcyjności, choć wewnątrz nadal nie są w stanie siebie zaakceptować i polubić takimi, jakie są, a właśnie to jest podstawą! Skupić się na sobie, wsłuchać w siebie i nauczyć się kochać własne ciało ze wszystkimi jego atutami i wadami. Żadne ubranie nie jest w stanie tego zmienić.

Gdy to zrozumiałam, bez żalu pozbyłam się wszystkich ubrań, których tak naprawdę nie lubiłam i zakładałam je bardzo rzadko ze skrytą niechęcią. Obecnie w mojej szafie znaleźć można jedynie rzeczy najprostsze – dla niektórych pewnie przeciętne lub nijakie, ale jakie to ma znaczenie? Nigdy nie było mi tak wygodnie i dobrze ze sobą! Ubrania nie dają pewności siebie – to musi płynąć z nas.

Drugie życie rzeczy

Wyrzucenie ubrań z szafy i uporządkowanie ich to dopiero pierwszy krok. Od dawna problem stanowiła dla mnie decyzja o losie rzeczy niechcianych. Najlepiej o tym świadczy liczba toreb zapełnionych ubraniami do wystawienia na allegro. Gdy zacznie się przeliczać pieniądze wydane na stosy niepotrzebnych ciuchów, nagle nabierają one wartości i człowiek chce odzyskać choć część tej kwoty. Wiem jednak, że jeśli nie potrafię zabrać się za to od razu, to prawdopodobnie nie zabiorę się nigdy. Konieczność robienia tylu zdjęć, opisywania tylu aukcji, zbieranie wymiarów ubrań połączone z faktem, że tak naprawdę uda się sprzedać tylko niewielki ułamek tych ubrań i to za grosze – to wszystko jest bardzo zniechęcające.

Postanowiłam podejść do tego bez emocji – rzecz nieużywana opuszcza mój dom od razu, bez sentymentów i rozliczeń. W takim przypadku najłatwiej byłoby oczywiście wszystko to wyrzucić, pozbyć się problemu i o nim zapomnieć. Ja jednak uważam, że jesteśmy odpowiedzialni za rzeczy, które nagromadziliśmy, a one mogą jeszcze komuś posłużyć, kogoś ucieszyć. Jest tyle osób, które nie mogą sobie pozwolić na dobre ubrania, że nie wyobrażam sobie wyrzucenia takiej ich ilości do śmietnika. Nie będę się nawet zagłębiać w fakt, że byłaby to naprawdę duża ilość śmieci, które w rzeczywistości śmieciami nie są, więc niezużyte pojechałyby się rozkładać na wysypisko. Na szczęście obecnie nie ma problemu z odnalezieniem zbiórki odzieży w okolicy, czy nawet pojemników PCK, do których możemy wrzucić odzież bez wyrzutów sumienia, a wszystko da jeszcze większą satysfakcję – przestrzeń oczyszczona, a jeszcze ktoś inny na tym skorzystał.

Capsule wardrobe

Jakiś czas po uprzątnięciu szafy trafiłam na termin capsule wardrobe. Po polsku garderoba w pigułce, choć są też inne tłumaczenia. Ważniejszy jest sens: chodzi o to, by z określonej liczby ubrań tworzyć stylizacje na odpowiedni odcinek czasu. Przykładowo może to być 7 sztuk odzieży (bez bielizny i dodatków) na tydzień, 15 sztuk na miesiąc, x na sezon, y na rok. Dzięki takiemu planowaniu oszczędzamy czas i nie mamy problemu z wyborem. Wbrew pozorom szafa wypełniona po brzegi wcale tego nie ułatwia. Podstawą jest odpowiedni dobór ubrań. Zalety i zasady takiego projektu znajdziecie na przykład tu.

Moim zdaniem pomysł jest ciekawy, choć zasady wydają mi się strasznie wyżyłowane. Nie mam pojęcia ile sztuk odzieży mam w szafie, ale wiem, że wszystko jest używane – dlaczego to ograniczać? Nie mam problemu z doborem ubrań, nie tracę na to czasu i nie dążę do żadnej konkretnej ilości posiadanych rzeczy. Jednak pomysł spodobał mi się z innego względu – stworzenie garderoby na cały rok, to zdecydowanie coś dla mnie! Wiąże się to z brakiem konieczności chodzenia na zakupy, szukania, przerzucania wieszaków i rosnącej irytacji. Moja garderoba jest tak prosta, że niemal wszystko do siebie pasuje. Gdy jakaś rzecz się zużyje, zostanie zastąpiona nową, zapewne bardzo podobną. Pozostaje skompletować wszystko tak, aby w każdym sezonie mieć w co się ubrać.

Kupować z rozsądkiem

Przyznaję, że nad tym ostatnim nadal pracuję. Wciąż brakuje mi zimowej kurtki, a buty już dawno błagają o wymianę i donaszam je tylko na spacerach z psem. Zastanawiam się również nad odzieżą termiczną, bo jestem strasznym zmarzluchem i zima daje mi w kość. Są to jednak rzeczy, które kupię, jeśli poczuję, że naprawdę ich potrzebuję. Póki nie ma zimy, nie zaprzątam sobie tym głowy. Dostępność i różnorodność ubrań w sklepach jest tak duża, że z dnia na dzień mogę uzupełnić braki bez większego wysiłku. Nigdy już nie będzie to zakup nieprzemyślany, pod wpływem chwili.

Obecne zasoby mojej szafy wystarczają mi w zupełności, jakkolwiek jednolite i nudne dla innych by nie były. Uwagę, którą poświęcałam wyglądowi, ograniczyłam do zwykłego dbania o siebie, resztą przestałam się przejmować. Wyglądam tak, a nie inaczej i nawet jeśli ktoś pomyśli coś na mój temat… No cóż, przecież się o tym nie dowiem. Dlaczego więc się nad tym zastanawiać? Czy to ma znaczenie?

*grafika zamieszczona w tekście pochodzi z instagrama @shop_sincerelyjules

  • Skąd ja znam te torby z ciuchami… 😀 od wakacji leżą i czekają na cud. Wymówek tysiące, ale dzięki Tobie zmotywowałam się do działania! Super się Ciebie czyta 🙂
    Pozdrawiam!

    • niepoprawna weganka

      Dzięki wielkie i powodzenia w sprzątaniu, nie ma na co czekać! 😉