Tak myślę

Minimalizm a relacje z ludźmi

spacer w lesie

„Nie szko­da nicze­go, co minęło. Szko­da tyl­ko te­go, co jest te­raz i dzi­siaj, szko­da tych wszys­tkich godzin i dni, które tra­ciłem, które tyl­ko cier­pli­wie zno­siłem, które nie przy­nosiły ani darów, ani wstrząsów.”
— Herman Hesse

Na ogół minimalizm kojarzy się przede wszystkim z niewielką ilością posiadanych rzeczy, z pozbywaniem się wszystkiego, co zbędne, z pustymi powierzchniami w domu, białymi ścianami i prostą garderobą, bo faktycznie kwintesencją minimalizmu jest wolność od konsumpcyjnego stylu życia – w obliczu pytania „mieć czy być” minimalizm wynosi na piedestał istnienie, a dobra materialne odchodzą na boczny tor. Ja jednak już w pierwszym wpisie dotyczącym minimalizmu mówiłam, że dla mnie minimalizm to prostota i pozbycie się tego, co ogranicza mój rozwój wewnętrzny i choć otrząśnięcie się z letargu, w którym na ślepo wyciągałam ręce po kolejne rzeczy, jak najbardziej się w to wpisuje i z pewnością będzie się przewijać w następnych wpisach, to chcę zacząć z zupełnie innej strony, która była dla mnie punktem wyjścia do wszystkich kolejnych decyzji. Na długo przed świadomym zainteresowaniem minimalizmem zmieniłam swoje podejście do otaczających mnie ludzi i właśnie to dało mi największe poczucie wolności, możliwość spojrzenia na moje życie z innej perspektywy i działania w zgodzie ze sobą, swoimi potrzebami i wartościami, jakie wyznaję.

Panuje przekonanie, że skupianie się na sobie to zwykły egoizm, a relacje z ludźmi wymagają, by o nie dbać, by zawsze być uśmiechniętym, pomocnym i otwartym. Jeszcze dwa, może trzy lata temu w to wierzyłam, starając się dopasować do standardów narzuconych mi siłą społecznej presji, co sprawiało, że często bywałam zmęczona, sfrustrowana i rozchwiana emocjonalnie – wychodziłam ze znajomymi, gdzie starałam się dobrze bawić, uśmiechałam się i rozmawiałam, a po powrocie do domu zawijałam się w koc i słuchałam muzyki lub oglądałam przygnębiające filmy, bo na nic innego nie miałam siły ani ochoty. Z czasem jednak dojrzała we mnie świadomość, że nie dam rady zadowolić wszystkich, a jednocześnie gdy sama nie czułam się szczęśliwa, brakowało we mnie radości, którą mogłabym dzielić z bliskimi. Odcięcie się od tych niezdrowych przyzwyczajeń było powolnym procesem i wymagało podjęcia odpowiednich decyzji i działań, których efekty umożliwiły mi cieszenie się codziennością, w której się odnajduję.

Samoocena kształtowana na podstawie mediów społecznościowych
Niewiele znam osób, które nie mają konta na Facebooku, nawet niezainteresowani z czasem ulegają społecznej presji. A tam toczy się drugie życie – przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki wyretuszowanych, upozowanych zdjęć, wszelkie wydarzenia muszą zostać zaznaczone w profilu: wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Wielogodzinne siedzenie i wpatrywanie się w ekran, dodawanie nowych znajomych i liczenie lajków pod zdjęciami, które mają podnosić niską samoocenę lub być potwierdzeniem dla wybujałego ego. W tej chwili myślę o tym z uśmiechem, choć i lekkim zażenowaniem, bo jednak był czas, gdy i mnie pochłonęły instagramowe selfie wrzucane do sieci niemal każdego dnia. W końcu jednak pojęłam, że są to po prostu pierdoły – przeznaczyłam jeden wieczór na porządki i odcięłam się od tego – usunęłam wszystko z Facebooka i Instagrama, łącznie ze znajomymi dodanymi dawno temu bardziej z przypadku, niż faktycznej więzi, o których zdążyłam zapomnieć, a tych, którzy zostali, przestałam obserwować, dochodząc do wniosku, że nie interesuje mnie ich życie prywatne. Dzięki temu, gdy odruchowo wchodziłam na Facebooka, witała mnie pusta ściana, więc odruch szybko minął.

Ograniczenie znajomości
Media społecznościowe okazały się jedynym źródłem informacji o bardzo dużym gronie znajomych, z którymi widywałam się jedynie na zdjęciach. Z innymi mijam się na uczelni, jednak krótkie rozmowy sprowadzają się do spraw związanych ze studiami, dzięki czemu mój umysł nie musi podświadomie przetwarzać takiej porcji zbędnych informacji, co kiedyś. Gorzej wyglądała sprawa ze znajomymi, z którymi spotykałam się częściej, a którzy nie potrafili zrozumieć mojej decyzji i nadal zasypywali mnie stosem gównianych plotek. Okazało się, że nie mamy innych, bardziej sensownych tematów do rozmowy. Znalazły się też osoby, które często tłumaczyły mi, że stałam się zbyt zamknięta w sobie, a dobrze by mi zrobiło wyjście do ludzi i rozrywka. Czułam się tak, jakby na siłę próbowały wcisnąć mnie z powrotem w stare, utarte schematy, bo nie odpowiadały im zmiany, jakie we mnie zaszły. Dziś takich osób już przy mnie nie ma – odcięłam się od nich, odmawiając kolejnych spotkań i unikając rozmów.

Trochę więcej egoizmu
Oczywiście mam świadomość tego, że niektórych moje postępowanie może dziwić i okazać się niepojętym, zwłaszcza dla osób, które lubią ludzi, spotkania z nimi i stamtąd czerpią swoją energię. Co więcej, powierzchownie może się to wydać nawet egoistyczne – zrezygnowałam z tak wielu osób w swoim życiu po to, by skupić się na sobie. Może coś w tym jest, może właśnie za dużo mówi się teraz o empatii, przez co ludzie zapominają, że do pewnego stopnia trzeba znaleźć w sobie również nutę zdrowego egoizmu i dbać o siebie i swoją psychikę, nie krzywdząc przy tym nikogo. Ograniczając liczbę przeciętnych znajomych, zrobiłam miejsce dla osób, które są naprawdę ważne w moim życiu i dla których jestem gotowa poświęcić wiele, gdy tylko mnie potrzebują, a na co dzień mam dla nich po prostu więcej czasu i uwagi, co wcześniej zbyt mocno zaniedbywałam. Mimo wszystko nie zaprzeczam, że decyzje podejmowałam przede wszystkim ze względu na siebie – eliminując zajęcia i spotkania, które nie wnosiły niczego wartościowego, zyskałam naprawdę dużo czasu wolnego w ciągu dnia. O wiele ważniejsza jest jednak korzyść dla mojej psychiki: swoje życie z zewnątrz skierowałam do wnętrza i nadal pracuję nad sobą, budując nieporównywalnie trwalsze fundamenty związane z postrzeganiem siebie, niż te, które opierały się na kształtowaniu swojego wizerunku, jaki miał być widoczny dla osób postronnych i ciągłym dążeniu do nieosiągalnych wyobrażeń o ideałach. Choć tę świadomość miałam już wcześniej, to wreszcie zyskałam realne poczucie, że nic nikomu nie muszę udowadniać, bo wszystko w moim życiu robię dla siebie. Wolny czas mogłam przeznaczyć na rozwój, nowe pomysły i działania, których wcześniej nie podejmowałam, chyba również ze strachu. Tak między innymi powstała ta strona.

Tylko wyjątkowe relacje
Nie oznacza to wcale, że zamknęłam się w domu i odcięłam od wszystkiego, choć nie ukrywam, że dla mnie nie jest to zły scenariusz, bo miewam też dni ogólnej niechęci, kiedy zawijam się w koc, obsiadają mnie koty i pies, rozmawiam półsłówkami i cały dzień umyka mi przy filmach, czego zupełnie nie żałuję – to mój czas i właśnie tak chcę go nieraz spędzić, znajdując trochę łagodności i wyrozumiałości dla samej siebie. Jednak jeśli sytuacja tego wymaga, nadal rozmawiam z ludźmi i nie stanowi to żadnego problemu, angażuję się w dyskusje i sprawy, które są dla mnie istotne i walczę jak mogę, by dowieść swoich racji, natomiast widząc znajomego sprzed kilku lat w tramwaju, wolę założyć słuchawki i zagłębiając się w książce, udawać, że nie widzę danej osoby, niż słuchać o tym, co się u zmieniło u osób, z którymi nie utrzymuję kontaktu od dawna. Najwięcej czasu spędzam z moim facetem – takim samym, a może i większym introwertykiem, niż ja. Od początku spodobała mi się jego umiejętność wyciszenia się i odcięcia od otoczenia, by potem ze zdwojoną siłą dyskutować ze mną przez kilka godzin na jeden temat. Rozmawiamy dużo, milczymy jeszcze więcej i po prostu jesteśmy dla siebie przyjaciółmi o różnych pasjach, którymi wzajemnie się inspirujemy, tworząc zamknięty, ale przytulny dom. Czasem się z niego wynurzamy, na kilka godzin wpadamy z małym gronem znajomych do zaprzyjaźnionego baru, ale i tak najlepiej jest wrócić do naszego cichego, domowego zoo. Dużo częściej niż kiedyś jeżdżę też do domu rodzinnego – moje relacje z bliskimi są lepsze i prawdziwie cieszę się na myśl o dniu, gdy całą czwórką (teraz już piątką) usiądziemy wieczorem, pogadamy i pośmiejemy się przy piwie, a w tle będzie leciała jakaś stara, polska komedia. Takie spotkania nie męczą, a dają ogromny zastrzyk energii i poczucia, że jestem w miejscu, w którym zawsze chciałam być. Tak okrojony, a jednocześnie niesamowicie bogaty świat w zupełności mi wystarcza.

a83a252d1a2d7245011e8eaceeec7209Tym wpisem nie próbuję nikogo namówić do podjęcia decyzji, których skutki nie muszą przecież odpowiadać każdemu – może to przeczytać ekstrawertyk spędzający całe dnie z przyjaciółmi, cieszący się takim stanem rzeczy i popukać się w głowę. Ja chcę jedynie podzielić się tym, czego nauczyłam się o sobie i co udało mi się osiągnąć, bo może te moje wywody będą dla kogoś inspiracją, by poszukać trochę w sobie, pogrzebać głębiej we własnych motywacjach i pragnieniach, aby określić nieprzekłamane cele, których osiągnięcie przyniesie poczucie spełnienia. Nasza rzeczywistość spłaszcza wiele aspektów życia, ukierunkowuje nas na szybką, stresującą, schematyczną codzienność w pogoni za wykreowanymi wzorcami, a przecież ludzki umysł jest pięknym tworem o niezmierzonej głębi. Namawiam więc, by dać sobie szansę na jej lepsze poznanie, by choć na chwilę zwolnić zwykłe tempo i znaleźć w sobie siłę do przeciwstawienia się aspektom codzienności, których zmiana przyniesie spójność z wyznawanymi wartościami i odwagę, by o nie walczyć.

*Grafiki umieszczone w tekście pochodzą ze strony http://sarahcandersen.com/