Tak myślę

Jestem człowiekiem zagubionym

czuję się zagubiona

Życie w internecie wygląda na bardzo kolorowe. Publikuję pozytywne treści, jednak jak każdy miewam złe dni i chwile słabości. Często też czuję się zagubiona, nie mogę odnaleźć sobie miejsca, ale przecież o tym się głośno nie mówi. Czy na pewno?

Cały czas rozwijam się, uczę, zdobywam nowe informacje, kształtuję swoje poglądy i czuję, że coraz bliżej mi do siebie. Daleko nie szukając – wynikiem tego jest weganizm i minimalizm. Te pojęcia pojawiły się w moim życiu i przedefiniowały rządzące nim zasady w niemałym stopniu. Blog założyłam z myślą o tym, że może uda mi się dołożyć cegiełkę do promocji weganizmu. Z czasem powstało też kilka wpisów o minimalizmie, moich poglądach i przemyśleniach. Wielką radość sprawił mi pierwszy komentarz, w którym przeczytałam, że zainspirowałam kogoś do zmian. Przecież właśnie po to piszę – by puścić w świat tę energię, która pozwala mi odkrywać siebie i zmieniać się na lepsze. Piszę właśnie dla Ciebie, bo „kimkolwiek jesteś, życzę Ci dobrze”. Piszę o tym, co dobre, motywujące i zachęcające, przynajmniej w moim odczuciu. To wszystko wygląda bardzo kolorowo i obiecująco, lecz teraz myślę, że może sprawiać mylne wrażenie niezmąconego optymizmu i gotowości do działania, jednak każdy kij ma dwa końce, a ja sama nie znam osoby, która z każdym dniem prze odważnie do przodu, nie dając sobie chwili na słabości, wątpliwości i zwykły, ludzki, gorszy dzień. Ja zdecydowanie nie jestem taką osobą. Prawda jest taka, że choć wciąż chcę iść dalej z coraz większym zaufaniem do siebie, to często czuję się zagubiona.

Owszem, uczę się cierpliwości, mam w sobie coraz więcej spokoju i wiem, że na wszystko trzeba dać sobie czas. Zdarzają się jednak dni, gdy myślę o swoim życiu,  o tym co robię i kim jestem, patrzę na swoje sprawy z wielu stron, próbując je zrozumieć i połączyć w całość, a wtedy, w dosyć depresyjnym nastroju, dochodzę do wniosku, że to po prostu nasz świat nie łączy się w całość. Nasz świat to coraz częściej brak empatii, brak współczucia, brak zrozumienia i deptanie słabszych, by po ich głowach dostać się na szczyt. Nasz świat to goniące się absurdy, kult pieniądza, władzy i pustego piękna. Z takimi wnioskami niewygodnie robi mi się na tym świecie i niewygodnie w swojej skórze, ciasno w głowie, w której tym bardziej brakuje wówczas miejsca na optymizm i chęć do działania.

Takie dni najczęściej mam wtedy, gdy za długo jestem na uczelni, gdy próbuje zachowywać się mniej aspołecznie, włączać do rozmowy z koleżankami, albo wtedy, gdy zapomnę słuchawek i usłyszę za dużo rozmów pobocznych.

Siedzę z dziewczynami, robimy projekty grupowe, a temu zawsze towarzyszą gorące ploteczki. Tamci się zaręczyli, a inni rozstali i dobrze im tak, nie pasowali do siebie. Ona ścięła włosy, kompletnie jej nie do twarzy, do tego ubiera się zupełnie bez gustu. Jedna przytyła, druga schudła, obie wyglądają źle. Można tak bez końca, bo nie ma rzeczy, której nie da się skrytykować, by czyjąś domniemaną porażką przykryć własne braki. W takich momentach wychodzi mój konformizm, bo zdarza mi się włączyć do rozmowy, by za mocno nie odstawać, by nie być tą inną, tą dziwną i wiecznie milczącą. Włączam się do rozmowy, a potem pluję sobie w brodę, bo skomentowałam coś, co nie powinno mnie obchodzić i nie ma na mnie żadnego wpływu. I wkurwiam się na siebie, bo nagle stoję między nimi a sobą. Zupełnie obok siebie, a te słowa chyba nie były moje. To płytkie, krzywdzące komentarze osób nadrabiających własne kompleksy i porażki cudzym kosztem.

Z dystansem podchodzę do rozmów postronnych, gdy znajomi siedzący na ławce obok głośno rozprawiają o swoich niemal koleżeńskich relacjach z profesorem, oczywiście po ważnej konferencji, w której brali udział, a wszyscy muszą o tym usłyszeć – niby przypadkiem, ale trzeba mówić głośno, żeby gorsi, mniej zaangażowani studenci usłyszeli. Wielkie ambicje, ważne persony i ciągłe gonienie za wynikami, które mają zapewnić ciepłą, dobrze płatną posadkę. Ogarnia mnie brak czucia, bo nie jestem w stanie pojąć tego świata. Co ja robię w tym miejscu? Próbuję łapać dystans, przecież to nie moja sprawa, tylko ich cele i marzenia. Ale po co mówić tak głośno, skąd w ludziach tyle hałasu, gdy w rozmowie uczestniczą trzy osoby? Dystans, dystans, mnie to nie dotyczy. Co ci ludzie mają w głowie, oprócz wyuczonych wzorów i manifestowanej satysfakcji z oddania projektu miesiąc przed terminem? Czy to naprawdę jest sposób na dowartościowanie się?

Ja milczę, choć chce mi się krzyczeć, krzyczeć do jednych i drugich, krzyczeć na cały świat, by wreszcie otworzyli oczy i spojrzeli nieco dalej i głębiej, zamiast trwać w utartych, bezmyślnych schematach, w których każdy chce być lepszy od osoby obok, choć wszyscy są tacy sami, nie podnoszący wzroku ponad czubek własnego nosa. Czyżby w tym świecie nie było ważniejszych spraw? Choć nie, nie wiem, nie powinnam osądzać i naprawdę staram się tego nie robić. Bo może o czymś myślą, może czują jak ja, a może inaczej, ale czują. Może nie mają siły, by walczyć, więc wolą po prostu gdzieś przynależeć. Może też chcą od życia czegoś więcej, coś zmienić w tym podłym świecie. Nie dowiem się tego, bo jest za głośno. Gęby się nie zamykają, lecz nikt się nie otwiera, wszyscy krzyczą, a nikt nie mówi, bo i nie ma komu słuchać. Ja tylko nie mogę już tego znieść, wolę po cichu się wycofać, nie uczestniczyć w takim życiu. W taki sposób zapracowałam sobie na opinię osoby nieprzystępnej i nieprzyjemnej w kontaktach, bo ludzie już nie potrafią ze sobą milczeć, milczenie wyzwala w nich negatywne odczucia. A ja nie chcę już klepać tych bzdur, jestem spragniona kontaktu z człowiekiem. Z tej wielkiej, jednolitej grupy wyłuskać prawdziwego człowieka, obdartego z pozorów i gier aż do najszczerszej myśli, którą uwolnić można w dyskusji, ale i w ciepłym milczeniu.

Chcę porozmawiać. Bo ja też kiedyś miałam ambicje i liczyłam na wielki sukces. Rodzice po studiach, dobrze szło mi w szkole, więc poszłam na dobrą uczelnię, techniczną rzecz jasna, bo w zawodach z tej branży można liczyć na lepsze zarobki. Przecież byłam najlepsza z matmy, to chyba wystarczający powód? Dziś nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo nie wiem, gdzie indziej mogłabym być. Może spotykając innych ludzi, przebywając w innych miejscach, chłonąc inne bodźce, byłabym zupełnie inną osobą? Mimo wszystko nadal nie wiem, co robię akurat tutaj, między tymi ludźmi. Między podłymi plotkami, a wyścigiem szczurów. Jednocześnie wiem, że już niedługo, że został mi tylko rok, nawet niecały, a wtedy zostanę Panią Magister Inżynier. Kiedyś to brzmiało tak dumnie… Ale wytrzymam, skończę studia, które sama wybrałam, bo naprawdę niewiele mam tu zmartwień. To tylko kolejny kryzys, dopiero czwarty w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy nerwowo obmyślam, które zajęcia są obowiązkowe, a które mogę opuścić, bo tak bardzo nie chcę tam być. Na koniec wystarczy zrobić projekty, więc zdam i będzie po wszystkim, jeszcze tylko rok. A po roku… co dalej? Pójdę do pracy. Gdziekolwiek, byle przerzucać papierki, byle tylko płacili, byle tylko się utrzymać. Byle wytrzymać 8 godzin przy biurku. Taki świat naprawdę mi się nie zgadza.

Po pracy będę miała czas dla siebie. Zostaną mi 2/3 doby na sen i bycie sobą. Czas i pieniądze, by robić to, co lubię, co mnie interesuje i inspiruje. Będę miała czas, by się rozwijać. Czas w moich czterech ścianach, gdzie nie zapraszam ludzi. Nie będą mi gadać nad głową o tych głupotach, bo nie umiemy znaleźć tematów wspólnych. Jestem tak bardzo zmęczona udawanymi rozmowami w dusznych tramwajach… Po pracy prosto do domu, gdzie zmyję makijaż, założę dresy i w końcu porozmawiam z człowiekiem, który czuje jak ja, albo pomilczymy sobie, wtulając głowy w siebie i w psa.

Kiedyś miałam ambicje. Dziś już ich nie mam. Nie chcę posadki dyrektora, nie chcę zarabiać 10 tysięcy miesięcznie, wypruwając sobie flaki po godzinach, by wyrobić się z terminem realizacji zamówienia czy projektu. Nie chcę, by celem mojego życia była kariera, dążenie do awansu, coraz wyższe zarobki i wydawanie pieniędzy w centrach handlowych albo na ekskluzywnych wakacjach. To świat rządzony kapitalizmem wpaja nam takie wzorce. Eksploatuje ludzi do granic, nie pozostawiając nawet skrawka miejsca na bycie człowiekiem. Prawda jest taka, że w tej chwili moja ambicja sięga nie dalej, niż do prostej, nawet niewymagającej studiów pracy, choćby fizycznej. Byle z dala od ludzi, byle w ciszy. I wiem już na pewno, że byłabym szczęśliwsza sprzątając psie gówna w schronisku, niż parząc kawkę w firmie na najwyższym piętrze wieżowca w centrum miasta, gdyby tylko umożliwiało mi to utrzymanie się.

Moje gorsze dni sprawiają, że wszystko mnie przytłacza i chcę stąd uciec. Nie radzę sobie ze światem takim, jaki jest. Ale gdy wszystko się we mnie uspokaja, po prostu zbieram siebie w całość i zaczynam znowu działać. Chcę coś zrobić, coś zmienić, coś przekazać. Czuję też wdzięczność, bo w chwili słabości zbliżyłam się do siebie i jestem o krok bliżej do odkrycia własnej drogi. A na razie trwam w zastanej rzeczywistości, wracam na studia, wracam do przekonania, że mimo wszystko będę szukała dobrze płatnej pracy, bo marzenie o domku na wsi nie zrealizuje się samo. Jeśli szczęście dopisze, to może będę pracowała w domu. Mając świadomość własnych słabości i raczej kiepskiego przystosowania do życia społecznego, po prostu działam. Pierwsze przykazanie: działanie.

  • ZweiZviebel

    Bardzo trafnie opisane, często czuje się podobnie, choć ja jestem nonkonformistka i zaczynam zaraz zwracać uwagę takim plotkarom co kończy się niezbyt przyjemnym spięciem. Życzę lepszego towarzystwa, bardziej wartościowych ludzi w życiu.

    • niepoprawna weganka

      W pracy zespołowej, której wymaga się na moich studiach, nie ma za dużo miejsca na nieprzyjemne spięcia. Jasne, zdarzają się, ale jednak musimy współpracować, żeby skończyć projekt. Nie raz pracowałam w nieco wrogiej atmosferze, ale to zauważalnie obniża jakość komunikacji, a tym samym efektywność pracy. Czasem muszę się po prostu dostosować, to chyba taka wprawka do dorosłego życia. Choć za dołączanie do płytkich rozmów zawsze będę na siebie zła. W końcu się tego oduczę. 🙂

  • Gosia

    Wracam do domu z uczelni, wkurzona po dniu pełnym stresu i małych porażek. Wielka teczka na prace jak zwykle denerwowała na wietrze, kolejne kolokwia zapowiedziane, makieta skrytykowana (‚bo jak to to, pani nigdy makiety wcześniej nie robiła?’) a ja mam pierwszy raz całkowicie dość. Dopiero zaczęłam studia, „wymarzone”, ale dopada mnie zwątpienie. Rysunek idzie średnio na jeża, jestem jedyną z grupy, która nie brała przed egzaminem kursów rysunkowych – mówią mi że dobrze, ale jednak odstaję od reszty dość znacznie. Zmęczenie powoli daje się we znaki, zarwane noce burzą cykl dnia a pracy coraz więcej. Gdy zobaczyłam Twój wpis – cóż, pomyślałam sobie „hah, skąd ja to znam”. I zaraz po tym zaczęłam się zastanawiać trochę mniej pesymistycznie nad własnym wyborem/błędem. Będzie ciężko, nie wiem co mi to przyniesie, gdy będę się poddawać nigdzie mnie to nie zaprowadzi. Dni totalnej załamki były i będą – takie studia. Ehhhh… Tak czy tak. Trzymam kciuki, doceniam za szczerość i prawdziwe słowa oddające naszą rzeczywistość… Cóż, chyba czas działać dalej… 🙂

    • niepoprawna weganka

      Czyżby architektura? Zawsze się zastanawiałam, jak Wy nosicie te ogromne teczki. 😉
      Jeśli już teraz czujesz, że źle wybrałaś, to może jest szansa na zmianę kierunku? Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym obudziła się wcześniej, a nie pod koniec robienia magisterki. Natomiast jeśli jesteś po prostu zmęczona, ale chcesz to robić, to mam ogromną nadzieję, że mimo wszelkich trudności uda Ci się w tym wytrwać, a jednocześnie znaleźć choć chwilę na odpoczynek.
      Poddawaniu się mówię kategoryczne „nie”. Natomiast zawsze będę gorąco kibicować osobom, które szukają swojego sposobu na życie i nie boją się błądzić. A dni totalnej załamki? Hej, jesteśmy tylko ludźmi! 🙂

      • Gosia

        Też się czasem zastanawiam za jakie grzechy karzą nam nosić te teczki xd cóż, gorsze dni się zdarzają, rzecz jak najbardziej ludzka i jeszcze bardziej przyziemna. Grunt to się nie załamywać od razu tylko próbować jeszcze ponownie, może akurat będzie lepiej, prawda? Ciepłe słowo od innych zawsze pomoże, dziękuję Ci więc za odpowiedź 🙂

        • niepoprawna weganka

          Jeśli wciąż się tego chce – jasne, próbować do skutku! Z pełnym zaangażowaniem, ale nie zapominaj o cierpliwości łagodności dla samej siebie. Mi nie raz zdarzyło się wymagać czegoś ponad własne siły, a potem miałam do siebie pretensje, że może nie dość się starałam, a w tym nie ma nic budującego. Życzę powodzenia i pozdrawiam ciepło. ♥

  • Klaudia eL

    Bardzo Ci dziękuję za ten wpis . Sama często też czuje się źle wśród ludzi. Tylko w domu z chłopakiem jest mi dobrze. Rozumiemy się ,nie musimy rozmawiać o innych. A w pracy takiej normalnej żeby tylko starczyło na zwykłe potrzeby i życie,mimo wszystko trzeba słuchać i rozmawiać z ludźmi nawet jeśli naprawdę Cię denerwują i masz zupełnie inne podejście do wszystkiego niż oni . Wiesz, czasem porostu wpada jednym uchem i ucieka drugim . My inni ludzie musimy po prostu dążyć do tego czego pragniemy i skupiać się na pozytywnych stronach wszystkiego . Gorąco pozdrawiam . ♡

    • niepoprawna weganka

      Jasne, można jednym uchem wpuszczać, drugim wypuszczać, ale na dłuższą metę to po prostu człowieka wykańcza. Więc tylko przyznaję rację – w domu najlepiej. Z resztą trzeba sobie po prostu „jakoś radzić”.

  • Ładny wpis. Mam podobne odczucia – zwłaszcza, że również preferuję ciszę ponad hałas.
    Sam nawet cośtam skrobałem na ten temat.
    Jest taki piękny TedTalk – Susan Cain „The power of introverts” – nie wiem, czy znasz.
    Polecam, bo działa bardzo terapeutycznie.

    • niepoprawna weganka

      Nie, nie widziałam wcześniej tego wystąpienia. Przez długi czas myślałam, że tylko ja mam takie problemy z pracą w grupie – wszyscy wokół mnie jakoś się organizują. Po raz kolejny znajduję potwierdzenie tego, że nie wszystko działa tak, jak powinno, bo nie uwzględnia potrzeb całości społeczeństwa. Bardzo Ci dziękuję, to naprawdę wartościowy materiał.

  • Rinn

    Jakbym czytała o sobie, w końcu ktoś potrafił ubrać to w słowa. Też nie radzę sobie z tym światem i słowa bliskiej osoby „zobaczysz, świat dąży ku lepszemu, ludzie są coraz bardziej świadomi” nie pomagają, ponieważ już tyle ofiar ludzie zostawili za sobą w drodze do tego „coraz lepszego świata”. Boli mnie moja bezsilność, cholernie boli, że nic nie mogę zmienić, że nie mogę powstrzymać cierpienia zwierzaków, wbić ludziom do tych pustych głów, że każde istnienie powinno się traktować z szacunkiem i każdy ma takie samo prawo do życia. Druga sprawa to oczywiście fakt, że mało kto rozumie takie podejście, bo ciężko poruszyć temat z koleżanką, która potrafi mówić tylko o kosmetykach. A owszem mogę z nią rozmawiać o kosmetykach, ale przy kimkolwiek nie poruszyłabym tematu kosmetyków nie testowanych na zwierzętach to widzę tylko wielkie oczy, bo naprawdę tak ciężko spotkać jest osobę, która w ogóle zwraca na to uwagę. I też sobie chodzę po tym dziwnym świecie jako taki „dziwoląg”, któremu ciężko złapać kontakt i który czasem próbuje się dostosować bo przecież „skoro wszyscy inni potrafią, to znaczy, że to ze mną jest coś nie tak”. I już nie wiem, w końcu ten świat dąży ku lepszemu, czy właśnie wręcz przeciwnie? Pozdrawiam ciepło i cieszę się, że są tacy ludzie jak Ty. Szkoda tylko, że tak rzadko można ich spotkać na swojej drodze.

    • niepoprawna weganka

      Akurat ten wpis poświęciłam trudnościom w komunikacji z ludźmi i znalezieniem wspólnych płaszczyzn do rozmowy. Ale masz całkowitą rację – weganizm czasem i u mnie staje się pewną barierą, którą ciężko pokonać. Temu poświęcę oddzielny wpis, bo to – w mojej opinii – jeszcze większy problem. Wiem, że sama robię dobrze, że dokonałam trafnego wyboru, a mimo to często czuję ogromny niedosyt i żal, bo chciałabym zrobić więcej, coś zmienić, ale tak naprawdę, naprawdę zmienić, a nie tylko zrobić krok ku tej zmianie. I ogarnia mnie wtedy taka bezradność, że tylko załamać ręce. Czemu ludzie wokół mnie nie widzą tego, co ja? Czemu nie widzą, że w sklepowych lodówkach leżą trupy, a nie pożywienie? To tylko jedna, prosta decyzja – nie sprawiać tyle bólu – a mimo to tak mało ludzi chce ją podjąć…

  • Och, jak dobrze Cię rozumiem, jak dobrze wiem, co czujesz. Nie jesteśmy samotni.
    Takich ludzi jest więcej i od razu rozpoznajemy siebie w tłumie a to duża ulga.

    • niepoprawna weganka

      Nie mogę się z Tobą zgodzić, w tłumie ciężko rozpoznać kogokolwiek. Za to bardzo mi miło, że pojawiło Was się tu tyle – faktycznie, nie jesteśmy takimi pojedynczymi egzemplarzami, jak by się mogło zdawać. 🙂

  • Annika

    Jak bardzo w chwili obecnej potrzebuje takich słów i wiedzy, że są ludzie, którzy myślą i czują to samo! Tak bardzo Ci dziękuje za ten tekst! Dziękuje za twoją szczerość! Mogłabym pisać więcej i więcej, zgadzając się z każdym wymienionym przez ciebie punktem, ale po prostu wiedz, że jestem ci wdzięczna za podzieleniem się twoimi poglądami! 🙂

    • niepoprawna weganka

      Bardzo mi miło i również Ci dziękuję – za te kilka słów, naprawdę dużo dla mnie znaczą. ♥

  • Maniariatka

    Dziękuję bardzo za ten wpis 🙂 Jestem teraz w klasie maturalnej, więc studia jeszcze przede mną. Może powinnam skupić się na uczeniu do matury, ale nie umiem być taka zadaniowa, kiedy w mojej głowie jest tyle skotłowanych myśli. Szkoła jest dla mnie dość nieprzyjemnym obowiązkiem, bo zajęcia w większości są nudne i w dodatku tak chaotyczne, że mam sieczkę zamiast mózgu, jeszcze dużo osób rozmawia głośno na lekcjach i już kompletnie nic nie rozumiem. Na przerwach to już jest kompletny pogrom, hałas taki, że marzę tylko o guziku, który pozwoliłby mi wyłączyć dźwięk i choć przez chwilę pobyć w ciszy.
    Ale wbrew pozorom nie chcę uciekać od towarzystwa, bardzo chciałabym mieć jednego, dobrego przyjaciela, który by zrozumiał, że pomimo mojej, można powiedzieć dziecięcej, otwartości, jestem wielką indywidualistką i nie lubię, gdy ktoś chce za mnie decydować, wpycha się w moją przestrzeń osobistą dosłownie i w przenośni. Przez chwilę nawet myślałam, że znalazłam taką przyjaciółkę, ale dość szybko zaczęłam się czuć, jakbym miała drugą mamę, kontrolującą i próbującą mną rządzić.
    Pomijając mój ogromny dylemat „Na studia iść do Warszawy, czy do Wrocławia?”, to można powiedzieć, że teraz jestem bardziej na drodze w poszukiwaniu przyjaciela. Mam siebie samą, ale myślę, że potrzebuję też kogoś, kto nie jest mną 🙂 Bo pomijając to, że nie przepadam za sztucznością koleżeńskich relacji i czasami z tego względu odpuszczam jakieś imprezy, chociażby studniówkę, to po prostu nie chcę być zawsze sama, czasami miło jest pomilczeć z kimś innym niż ja sama.

    • niepoprawna weganka

      Nie chcę tu prawić morałów i uwierz mi, że naprawdę się do tego nie poczuwam – mam tylko swoje własne doświadczenia i nic poza tym. Jednak mój najlepszy przyjaciel kiedyś, na początku naszej znajomości, powiedział mi, że nie da się być szczęśliwym, opierając to szczęście o drugą osobę. Szczęście można dzielić i jest to piękne i bardzo cenne, gdy mamy obok siebie kogoś wartościowego, ale to tylko wartość dodana do naszego życia. Ja z czasem nauczyłam się samotności i czerpania z niej, dzięki czemu wiem, że cokolwiek robię i kimkolwiek się staję, zawsze wszystko zależy ode mnie i opiera się na moich decyzjach. Myślę, że przyjaciela nie można szukać – sam się znajdzie. A samotność dobrze jest wykorzystywać, nawet jeśli zdarzają się te gorsze (zupełnie naturalne) dni, by zbliżyć się do samego siebie. Gdy przyjdzie czas i spotkasz właściwą osobę, będziesz mogła obdarować ją czymś wyjątkowym – uwagą, poświęceniem i przyjaźnią osoby dojrzałej i bardziej świadomej.
      Choć oczywiście życzę Ci, byś spotykała w swoim życiu jak najwięcej wartościowych osób, w tym tę jedną, zupełnie wyjątkową, z którą będzie można nawiązać wyjątkową więź.
      Pozdrawiam bardzo ciepło!

      • Maniariatka

        Nie odbieram tego absolutnie jako prawienie morałów 🙂 Co więcej, teoretycznie wiem, że szczęście trzeba zbudować na sobie, że druga osoba może już tylko mnożyć istniejącą w nas radość, ale nie ją tam wpuścić. Za to w praktyce jest zdecydowanie ciężej przyjąć to za fakt. O tyle dobrze, że nie zmuszam się do trwania w jakiejś relacji, jeśli czuję, że nie wpływa na mnie dobrze. Nie robię z tego jakiejś „poczekalni”, aż się trafi ktoś „lepszy”, albo jeśli się nie trafi i bym została sama.
        Tak naprawdę to przez większość czasu jest mi bardzo dobrze samej ze sobą. Myślę, że to bardziej przez kilka trudnych sytuacji, które mi się ostatnio przydarzały przestałam wierzyć, że mogę sobie z tym sama poradzić. O tym, że trafiłam w punkt najlepiej świadczą łzy, które napływają mi do oczu 🙂
        Dziękuję bardzo i również pozdrawiam 🙂

  • Joanna

    Ten wpis i komentarze pod nim przypominają mi o tym, że tylko nam się wydaje jacy jesteśmy wyjątkowi. Ostatni rok studiów, obrona mgr inż. planowana w okolicach lipca. I więcej myśli kłębiących się w głowie niż kiedykolwiek. Wykładowcy nakłaniający do szybkiego robienia uprawnień, bo wtedy minimum 10k na rękę. A ja poznałam ludzi z mojej branży 10k+ i większość z nich pracuje minimum 12h dziennie pod ogromną presją.

    Ten V rok chyba szczególnie skłania do refleksji, ważne żeby potrafić się wyciszyć i znaleźć czas na rozmowę z samym sobą. I słuchać siebie, a nie ludzi którzy mówią, że wygrałeś/aś życie bo politechnika, to teraz na pewno super praca (w rozumieniu za dobre pieniądze). Nie ma nic złego w wysokich zarobkach, ale jednak w większości przypadków trzeba się zastanowić czy te pieniądze są warte stresu i konieczności przebywania z pewnym typem ludzi.

    Dzięki za wpis.

    • niepoprawna weganka

      U mnie taka sama sytuacja z wykładowcami. I co im powiedzieć? Że nie chcę tych ich 10 tysięcy okupionych ogromnym, psychicznym i fizycznym wyczerpaniem po 12 h pracy? Jakoś wątpię, żeby zrozumieli. Łatwiej przytakiwać, a koniec końców i tak zrobić swoje, bo te wszystkie politechniki się bardzo ładnie promują, a z rzeczywistością niewiele ma to wspólnego.

    • Domi

      Myślałam, że tylko u mnie na Politechnice takie teksty o przyszłości, które mnie szczerze nie przekonują. Jestem na pierwszym roku i od samego początku słyszę jaką świetną decyzję podjęłam decydując się na studia akurat w tym miejscu, które wysysa ze mnie życie.

      • niepoprawna weganka

        Na początku też słyszałam, że to świetna decyzja i praktycznie jestem już ustawiona. A na każdym kolejnym roku zaczęło się coraz więcej gadania o tym, że przydałoby się zapisać do koła naukowego, a tu zrobić praktyki, a tam iść na staż, jakiś kurs dodatkowy w międzyczasie. I tylko się utwierdzam w przekonaniu, że te słowa nie są nic warte.

  • Domi

    Nie wiem jak to robisz… Opisałaś wszystkie uczucia tak dobrze co pozwoliło mi zrozumieć w jakim miejscu się teraz znajduje. Czytałam jakbym czytała o sobie. Cieszę się, że trafiłam na ten wpis dzisiaj bo akurat mam ten gorszy dzień kiedy nie mam ochoty obcować z ludźmi a ten stan pojawia się średnio raz na tydzień. Czasami się zastanawiam czy to ja jestem dziwna czy świat jest nie taki jak być powinien. Obecnie spełniam swoje marzenia, chociaż nie wiem czy mogę to jeszcze tak nazwać. Poszłam w tym roku na studia i nie wiem co się dzieje bo raz się cieszę, że to zrobiłam i wiem, że to była dobra decyzja. Natomiast w dni takie jak dzisiaj zastanawiam się czy to wszystko ma sens bo zmuszam się do wychodzenia do ludzi, zmuszam się do nauki i do rzeczy, które nie dają mi satysfakcji. Studia zaczęły mnie przerastać, wiem to dość szybko, ale jestem zmęczona i nie radzę sobie z nadmiarem wszystkiego. Brak jakiejkolwiek motywacji…
    Dziękuję, że mogłam się wyżalić 🙂

    • niepoprawna weganka

      Myślę, że to jednak ten świat, w którym system wartości jest wywrócony do góry nogami. Ale człowiek o nieco większej wrażliwości wydaje się dziwny, bo nie pasuje do reszty. Ciężko się tu odnaleźć, pozostaje raczej pogodzić się z tym, bo świata nie zmienimy. I chyba tylko czerpać, co dobre, dopuszczając do siebie jak najmniej negatywnych bodźców, choć to oczywiście bywa naprawdę trudne.
      Trzymam kciuki za odnalezienie motywacji – jeśli nie do nauki, to do szukania czegoś innego, co da Ci szczęście. 🙂

  • Trzy dni odkładałam przeczytanie tego wpisu. Nie mogłam się skupić, co chwila coś wypadało, ale warto było. Bo to, co opisujesz jest samą prawdą, najgorsze jest tym co siedzi w mojej głowie, dokładnie opisane. Moja posadka na czwartym piętrze nie jest już tak fajna jak kiedyś mi się wydawało, też wolałabym pracować fizycznie, z dala od idiotów. Ze zwierzętami jest fajniej, ale właśnie pojawia się to samo marzenie, dom na wsi i chęć kupienia go, by na starość (jak dożyję) móc w końcu być sobą, uprawiać ogródek, patrzyć jak psy bawią się na podwórku, pić herbatę w słońcu, nigdzie się nie śpieszyć. I tu pojawia się ból istnienia, bo jak długo można czekać na to marzenie? Wypada nam jakoś trwać i robić swoje, to co dobre. Jak już znajdę to miejsce na dom, to chciałabym mieć obok ludzi takich jak Ty, którzy myślą w podobny sposób, którzy nie szukają byle jakiej rozmowy, częściej cenią ciszę. Wspaniale było by mieć taką osadę:)

    • niepoprawna weganka

      Ja nie mam jeszcze posadki, nawet na parterze, a już mam świadomość, że jej nie chcę. Zostało mi parę miesięcy do zrobienia magistra, powinnam już zacząć szukać pracy, ale ta świadomość bardzo mi w tym przeszkadza. Boję się, że znajdę pracę i przez bezpieczeństwo, jaką daje stała wypłata i ogólny strach przed ryzykiem zasiedzę się na tym stołku. Dlatego cały czas myślę, żeby iść do pracy gdziekolwiek, aż nie wymyślę czegoś, w czym będę się czuła dobrze. Ale jaki wtedy sens ma kończenie studiów? Myślę tylko o tym właśnie ogródku, swoim własnym, o psach rozkopujących grządki i sposobie, jak sobie z tym poradzić. Gdybym mogła mieć takie problemy… 😉 Bo choć wypada trwać, tak jak napisałaś, to chciałabym trwać trochę bliżej siebie. A w dobrym otoczeniu to już w ogóle marzenie.

  • Aga

    Każde, dosłownie każde zdanie, które napisałaś w tym tekście, jest odzwierciedleniem tego, co ja bardzo często czuję. Zdecydowanie właśnie takie osoby jak ty chcę poznać. Ja bardzo często czuję się zagubiona w tym świecie, a to, co się dzieje z ludźmi mnie przeraża. Może zwyczajnie potrzebuję swój mały świat. Ogromnie cieszy mnie fakt, że znalazłam Twój blog. Czasami wręcz się obawiam, że jestem totalnym odludkiem, ale to nie prawda. Dziękuję za ten wpis. Jest to pierwszy wpis, jaki przeczytałam na Twoim blogu i dał mi on więcej wiary, że znajdę bratnie dusze.

    • niepoprawna weganka

      Chyba trochę jesteśmy odludkami, ale wcale nie jest nas tak mało, po prostu się nie spotkaliśmy. Dobrze, że jest internet, fajnie znaleźć tyle osób o podobnych poglądach na pewne sprawy. 🙂
      Miło mi, że tu wpadłaś i zapraszam częściej, bo już planuję kontynuowanie tematu, trochę bardziej optymistycznie, bo na taki świat też trzeba i warto znaleźć sposób. 😉

  • Vulpie

    Na Twojego bloga natrafiłam wczoraj, podążając za przepisem na szarlotkę i nie sądziłam jeszcze wtedy, że aż tak pochłoną mnie wpisy (i to te, które niekoniecznie są o jedzeniu). Osiągniecie równowagi życiowej to bardzo ważny cel, do którego dąży niewiele ludzi lub po prostu wydaje im się, że już to zrobili, chociaż wciąż im daleko.
    Mimo że raczej jestem aspołeczna i preferuję wieczory przy dobrej lekturze lub filmie, Ciebie z chęcią zaprosiłabym na ciastko (oczywiście wegańskie!) i przedyskutowała wiele spraw. Lubię słuchać osób, które mają coś sensownego do powiedzenia, a Ty wydajesz się bardzo świadomą i inteligentną osobą.
    Obyś dalej podążała tą ścieżką.

    • niepoprawna weganka

      A ja ostatnio właśnie się na ludzi otwieram i nawet nie jest tak strasznie, jak sądziłam. 😉 Więc na ciastko możemy się kiedyś umówić, wpadaj do Trójmiasta! 😀